Tatuaż czy było warto?

Siedziałam z ciemnogranatowym mazakiem w dłoni i telefonem położonym tak, aby wszystko było dobrze widzieć. Na ekranie w powiększeniu widniała grafika ze słoniem trzymającym różowy balonik. Prosta, urocza, trochę trywialna. Przenosiłam ją na ciało. Sprawdzałam czy mi się nie znudzi, gdybym się zdecydowała wykonać ją w formie tatuażu. Choć po prawdzie mogłam wtedy o tym tylko pomarzyć. Do jakiejkolwiek wizyty w studio było daleko jak stąd na Madagaskar, tak z trzy razy. W rodzinie tatuaży nie było, a moje mówienie o nich było raczej brane z przymrużeniem oka niż z powagą. Miałam wpisane to zadanie na listę marzeń, obiecywałam sobie, że w dorosłość wkroczę właśnie tatuażem, ale nic z tego nie wyszło i to nawet nie z powodów jakiś zewnętrznych. Ja po prostu nie byłam pewna, niby chciałam, niby się bałam. Niby rodzicom nie przeszkadza, ale chyba jednak tak. Niby moje ciało, ale trochę jednak się z ich odczuciami liczę. Sama ze sobą bawiłam się w przepychankę, w takiego kotka i myszkę, co to nie wie czy chce łapać czy uciekać, a przy tym wszystkim jednak o tym cały czas mówiłam i od czasu do czasu się mazgrałam, żeby sprawdzić jak by to wyglądało.

Tatuaże w którymś momencie z więziennych symboli stały się nieszablonową modową rozrywką, znakiem rozpoznawczym indywidualności, gdy każdy nosił na ręku znak nieskończoności. Dla mnie zawsze był symbolem wolności, choć nie pytaj mnie dlaczego. Może ten starszy Pan, który dość często bywał u sąsiadów, ciało miał pokryte tatuażami i czasem opowiadał jak te jego tatuaże powstawały.. a może jakiś twór kultury, którego już nie pamiętam, wpłynął na to skojarzenie. Nie wiem. Zrodziło się jednak i przez sporą część mojego życia po prostu we mnie dojrzewało, aby nabrać całkowitego przekonania, że tatuaż to pewien manifest poglądów, wyznawanych wartości, dawka świadomości tego, że można samemu, bez niczyjej zgody decydować o własnym ciele. To oznaka odpowiedzialności, lekkiej odwagi gdy trzeba zmierzyć się ze sterotypami na jego temat, wolności wyboru, decyzji. Symbol przygody i człowieka świadomego, wolnego ducha, co to ze światem żyje w zgodzie, a nie mu się sprzeciwia i macha przed nim czerwoną flagą.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że są i tacy, dla których to po prostu obrazek na ciele. Ładnie wyglądający, nie mający żadnego ukrytego sensu.

Dla mnie, zwłaszcza ten pierwszy (bo pewnie mamo jednak nie ostatni) musiał to znaczenie mieć. Nie mógł być z przypadku. Miał odzwierciedlać moje przekonania, być ze mną zgodny i nie opierać się tylko na pięknej kresce autora. Miał być mój od samego początku do samego końca, z każdym przecinkiem i miejscem na oddech.

Wizytę w salonie dostałam w formie bożonarodzeniowego prezentu. Najpierw ucieszyłam się tak, jak tylko można się ucieszyć, gdy na Twoich oczach urzeczywistniają się Twoje marzenia. Potem się wystraszyłam, bo pamiętasz, ja niby chciałam, niby nie wiedziałam co chcę. W rękach trzymałam ten pamiętny voucher i toczyłam ze sobą walkę. Radość, ogromne zaskoczenie, szczęście, zachwyt, strach, niepewność, chęć ucieczki, wycofania się z całego pomysłu i wykonania go od razu, już wtedy, natychmiast. To była karuzela bez funkcji zatrzymania.

Termin umówiłam od razu, na pół roku później. Wiedziałam, że nie zrezygnuję i że ten tatuaż się na moim ciele pojawi. Nie wiedziałam tylko co to jeszcze będzie. Wszystkie sprawdzane wcześniej pomysły okazały się nagle nazbyt błahe, zbyt nieznaczące. Odpadły jeszcze w przedbiegach. Termin zmieniłam później jeszcze raz, za drugim razem zadzwoniono ze studia i przełożono wizytę z powodu choroby tatuażysty. Kamień spadł z serducha, miałam więcej czasu na wymyślenie co ja chcę na tym swoim ciele tak na stałe umieścić.

W międzyczasie zrobiłam coś co sens miało tylko połowiczny. Szukałam w internecie jak to całe tatuowanie wygląda od strony technicznej, jak się trzeba przygotować, co zrobić, czego unikać i trzeba oddać, że miałam w tym na tyle szczęścia, że nie trafiłam na żadne internetowe pomyłki, a to co przeczytałam i czego się dowiedziałam zostało mi potwierdzone na żywo. W moim przypadku zadziałało to też trochę jak zapadka uwalniająca maszynę losującą. Zamiast wyczerpać temat, ja dopiero zaczęłam się w niego zagłębiać i gdy pojawiłam się w studio miałam wystarczająco pytań, by napisać na bazie zdobytych odpowiedzi, profesjonalny poradnik dziarania. Serio.

Wspominałam o tym, że termin ostatecznie uległ dwukrotne zmianie i o tym, że zanim poszłam dać się pokłuć, wiedziałam, że o tatuaż trzeba szczególnie zadbać tuż po zabiegu i że warto byłoby unikać słońca, kurzu, że trzeba smarować go co pewien czas. Na fotelu usiadłam pod koniec lipca, trzy dni później siedziałam w samochodzie i jechałam na Woodstock. Wtedy zaskakująco gorący i suchy. To tyle jeżeli chodzi o wprowadzanie teorii w życie.

Chodź trzeba oddać, udało się to wszystko w takich dosłownie polowych warunkach zrobić i zapewnić temu skrawkowi ciała wymagane traktowanie. Cały festiwal przechodziłam z bawełnianą chustą na nodze, Bepanthenem i mokrymi chusteczkami w nerce. Przypomnienia w telefonie dawały znać o określonych porach, że oto czas smarowania i nieważne czy środek koncertu, pora jedzenia czy poznawanie nowych ludzi. Ja znajdowałam w miarę wolny kawałek przestrzeni i niezwykle poważnie wykonywałam cały manewr. No nie było to nazbyt rozsądne, ale teraz mi przynajmniej nikt nie zarzuci, że realizacja marzeń oznacza rezygnację z czegokolwiek.

Co do samego tatuowania, oczywiście już w dniu ostatecznym wisiał cień niebezpieczeństwa, że się ono nie odbędzie. Pomyliłam bowiem godziny odjazdu autobusu. Pochodzę z małego miasteczka, w którym niestety nikt się jeszcze nie pała tą piękną sztuką dziarania ludzkiego ciała. W sumie całkowicie rozumiem, sądzę, że szybciej ktoś by w tym mym kochanym mieście z takim interesem splajtował niż by się otworzył. Logicznym jest więc, że musiałam dojechać do większego środka miejskiego. Tak wyszło, że autobusem. No i stałam tam wtedy szczęśliwa i niewiele już zalękniona na przystanku, czekając na transport, który akurat idealnie wgrał się w czas. W duszy skakałam, projekt już miałam, decyzja stu procentowo została podjęta i wszystko miało iść jak po maśle, zrzuconym z dużej górki. Gładko tak. Tylko ten autobus nie przyjeżdżał. 5 minut, 10 minut, po 11 skapitulowałam i wystawiłam na sprawdzenie swoje życiowe ogarnięcie. Okazało się, że go nie posiadam, tak jak autobus tego dnia w planie tej trasy. Gładko miałam się znaleźć w czarnej rozpaczy. Nie będę się rozpisywać nad tym jak mój ówczesny chłopak został wyrwany ze snu, jak szukaliśmy samochodu, gnaliśmy na zabój i jak zaciskałam kciuki w rytm powtarzanego przez niego zwrotu, “że zdążymy”. Stres był, a mi bardzo zależało.

W studio siedział Marcin słuchający rosyjskich rapsów, akurat mi znanych, bo to przecież czas mojego lekkiego romansu z filologią rosyjską. Najpierw pozbyłam się tego uczucia pędu, później wszystkich obaw związanych z całym zabiegiem. Widać było, że mężczyzna po drugiej stronie wie o czym mówi, że nie będę jego eksperymentem. Szanse na to, że się nie odwrócę i nie wyjdę wzrastały, a potem okazało się, że on to jest w sumie z Łodzi, że prawie jesteśmy tam sąsiadami, że słucha tego zespołu co to ja go ostatnio poznałam i się zachwycam, że nie lubi gazowanej wody i że po rosyjsku możemy sobie pogadać. Nie było wyjścia, musiałam go polubić.

Zadałam wszystkie pytania, które krążyły mi w głowie i drugie tyle, które zrodziły się na miejscu. Na wszystkie dostałam wyczerpującą odpowiedź. Mogę Ci opowiedzieć o nakładaniu kolorów, o różnych typach maszynek, jak dokładnie działa jej mechanizm, na czym polega usuwanie tatuażu, opowiedzieć historie najciekawszych klientów i takich, których witało się i żegnało ze śmiechem przez łzy. Opisać historię Marcina jak został tatuatorem i jego wszystkie tatuaże, które powstały, bo wpasowały się po prostu w jego gust estetyczny. Dowiedziałam się wszystkiego o pielęgnacji tatuażu, o reakcjach skóry i o indywidualnym progu bólu podczas całej czynności. Są tacy, którzy płaczą, zagryzają zęby, albo się śmieją i jestem ja, która całe doświadczenie porównuje do mazania po skórze mocno przyłożonym długopisem. Bólu nie odczułam żadnego, ale to może i to miejsce nad kostką, na łydce okazało się być u mnie pod tym względem szczęśliwe.

Z fotela schodziłam z czarną strzałką, w którą wpisane zostały dwa słowa “good vibes”. Ze strzałką całkowicie mojego projektu, która początkowo miała być na lewym przedramieniu, a która wylądowała koniec końców na wewnętrznej stronie prawej łydki. Ze strzałką, która miała nawiązywać do Indian, którzy mnie fascynowali wówczas od dłuższego czasu, a którzy podobno temu akurat przedmiotowi nadawali dodatkowe znaczenie. Miała być przenośnią celu. Dwa słowa, które powstały w polskiej głowie zostały zmienione na anglojęzyczną wersję tylko z aspektów technicznych. Nie chciałam strzały, tylko strzałkę. Nie chciałam też zamazanego napisu za x lat, gdy skóra straci na jędrności. “Dobre wibracje” odnieść się miały w najbardziej prosty sposób do mojego podejścia do życia, no i chyba się udało.

Tak przy najmniej można sądzić po tym, jak się tymi małymi czarnymi szlaczkami na swoim ciele zachwycałam w momencie, gdy powstały, trzy dni później i dzisiaj. O mojej radości wiedział cały salon, budynek w którym się on znajduje, ulica na której on stoi i w sumie to całe miasto. Skakałam dosłownie z radości, buzia nie chciała przestać mi się cieszyć i byłam tak szczęśliwą istotką, że nieszczęście całego świata nie miało wówczas nawet grama szans z moim małym palcem. Spełniłam marzenie, nie dałam się obawom, postawiłam własnym lękom i zrobiłam to tak jak chciałam, całkowicie po swojemu.

Gdy igiełki wbiły się w moje ciało, a ja na nodze miałam tylko ciemnogranatowy wzór naniesiony przez kalkę, przeleciała mi przez głowę myśl, co będzie kolejne? Nie, czy będzie, tylko co. Długo nie myśląc podzieliłam się tym z Marcinem. Spojrzał na mnie, uśmiechnął i stwierdził jedynie, że już przepadłam, że jestem z tych co to na jednym nie skończą. Nie będzie więc żadnym odkryciem, jeżeli powiem, że tak, było warto. Dla tego uczucia szczęścia, dla tego zadowolenia, dla wyrażenia siebie i dla uśmiechu, który mi się pojawia na ustach, gdy patrzę na to co powstało w mojej głowie, a co teraz dumnie prezentuje moje ciało.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Zrobiłam sobie tatuaż – ta forma zdobienia ciała zawsze była i zapewne będzie dla mnie w pewien sposób niezwykła. Więcej w niej wyjątkowości niż mogłoby się wydawać. Przynajmniej w moim przypadku. […]