Rok życia w gastro

Nie skłamię, gdy zarzucę najbardziej oklepanym zdaniem, że nawet nie wiem kiedy to minęło. Ten ponad rok temu nie pomyślałabym, że będę pracować w dziedzinie, która ludzi pochłania, mieli i zmienia nieco ich spojrzenie na innych, jak w zwyczaju ma czynić każda praca opierająca się na bezpośrednim kontakcie z klientem. No nie było to w planach.

Wyszło samoistnie. Powiedziałabym, że przez przypadek gdybym w niego wierzyła.

To był czas kiedy trzeba było poukładać dopiero co raczkujące wrocławskie życie. Wszystko potoczyło się szybciej niż miało i finanse wołały o to, żeby potraktować je poważnie, aby nie schrzanić tego co się udało w ich temacie już wypracować. To oznaczało zakasanie rękawów do pracy, a w sumie w pierwszej kolejności do znajdowania ofert pracy i wysyłania odpowiednich papierków. To nie miała być praca marzeń, to miało być zajęcie na chwile, które umożliwiłoby mi unormować moje rozkołysane decyzje.

W tym, a nie innym miejscu wylądowałam przede wszystkim dlatego, że było blisko. Na dzień próbny poszłam, bo miałam akurat czas, między innymi rozmowami i dniami próbnymi w miejscach, które mnie jednak jakby nie patrzeć intensywniej interesowały. Nie wiem jak to się stało, że zostałam, ani jak, że polubiłam ludzi tam pracujących i przez kilka kolejnych tygodni chodziłam tam z wielkim uśmiechem na ustach.

Tak widocznie miało być.

W gastronomi byłam zielona. Nie wiedziałam, że nie stawia się tacy na stoliku ani podczas jego sprzątania nie zabiera wszystkich rzeczy, gdy siedzą przy nim jeszcze klienci. Z perspektywy gościa okazało się, że nigdy nie zwracałam na to uwagi. Uczyłam się więc utrzymać równowagę tacy wypchanej wszelkimi możliwymi gorącymi napojami i logistyki, jak zrobić jak najwięcej, chodząc jak najmniej, bo tam jednak prawdą okazuje się to banalne stwierdzenie, że nóg wcale nie wygrało się na loterii. Dowiadywałam się jakim dobrodziejstwem są dla kelnerów napiwki i do każdego klienta podchodziłam z tym samym pozytywnym nastawieniem. Zależało mi na tym, żeby faktycznie dobrze wykonywać swoje obowiązki, żeby ludzie przychodzący do mojego miejsca pracy rzeczywiście się w nim dobrze czuli.

Zderzałam się ze swoimi podejściem, z osobami pracującymi w tej branży zdecydowanie dłużej. Słuchałam opowiadanych historii i trochę nie chciało mi się wierzyć w przerysowane, jak na mój gust, opowieści. Potem jednak zaczęłam rozumieć o co w nich wszystkich chodzi i z niemałym zdziwieniem odkrywać, że faktycznie ludzie potrafią zachowywać się dość niezrozumiale. Wiadomo, że to wszystko kwestia perspektywy, jednak niektóre rzeczy wydają się tak oczywiste, że aż dziw, że ludzie to robią.

W czasie tworzenia tego wpisu zaczęłam się zastanawiać co też internet sądzi na ten temat i znalazłam mnóstwo wpisów przedstawiających kelnerów beznadziejnych, co to tylko czyhają na napiwki, gości mają w dupie, a największa zainteresowanie wykazują swoim paznokciom coby przez przypadek nic nie zrobić. Najprościej rzecz mówiąc są kretynami. Słów dobrych nie znalazłam, przekonując się po raz kolejny, że nasza polska natura woli zjechać głośno to co przeszkadza i przemilczeć to co dobre się zdarza.

Kelner tymczasem to zawód cholernie specyficzny. Bo z jednej strony to zajęcie tymczasowe dla wielu młodych ludzi, w dużej mierze studentów, którzy mogą połączyć swoją naukę z zarabianiem pieniędzy. Z drugiej strony to wszystkie niezwykle wysokiej jakości restauracje z osobami, które zrobiły z tego sposób na życie. Są ludzie, którzy robią to poprawnie, są tacy, którzy potrafią łatwo nawiązać kontakt z gościem i jednym krótkim żartem zyskać jego sympatię. Wyczuwają co komu polecić, żeby to nie była jego ostatnia wizyta w danym miejscu i są tymi, którym stali klienci składają rozbudowane życzenia na Nowy Rok. Co ważne mogą to być CI młodzi studenci, co to chcą sobie dorobić. Są też i tacy, którzy nie znają karty, w pracy odliczają minuty do końca i w myślach dodają zebrane do tej pory napiwki. Zbyt luźno podchodzą do gościa i zbyt długo nie pojawiają się przy stoliku, by w końcu przybyć z miną wiecznego niezadowolenia. Pewnie, oni też są. Jak wszędzie są ludzie, którzy wykonują swoje obowiązki tak jak należy i tacy, którzy robią to na odwal się. W gastronomii jednak to odwal się jakoś szczególniej zwraca uwagę, jakoś bardziej nas boli. Bo oto będąc gościem nie dostajemy należytej uwagi.

Od kiedy pracuje w gastro dorobiłam się mimowolnego nawyku, takiego odruchu i gdy jestem w jakiejkolwiek restauracji od razu patrzę na sale oczami kelnerki. Mogę Wam powiedzieć w których miejscach mają źle rozwiązany podział obowiązków, a przez to wydłużony czas oczekiwania na obsługę. Gdzie są mankamenty natury technicznej i ściana przeszkadza, żeby dwie osoby sprawnie z wydawanymi daniami obok siebie przeszły… a to wszystko jest czas i potencjalne oburzenie gości. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wchodząc do jakiegoś lokalu gastronomicznego będziemy w centrum uwagi i jest to w sumie całkiem słuszne założenie. Tylko, co w momencie gdy na sali jest kilkanaście tak samo myślących jak my ludzi i gdy każdy z nich, bardzo często nieświadomie, spowalnia tempo działania całego mechanizmu.

Sprawna obsługa danego lokalu w dużej mierze zależy od gości, którzy do niego przychodzą i choć mogą nie zdawać sobie z tego sprawy, to ich zachowanie odgrywa tu największą rolę.

Czego więc nie robić, aby zapewnić sobie sprawną obsługę i mieć pewność, że przy następnej wizycie kelner przywita nas szczerym uśmiechem?

Photo by Petr Sevcovic on Unsplash


Oto 7 niepożądanych zachowań w restauracji okiem kelnerki

1.Nie siadaj przy nieposprzątanym stoliku, w momencie gdy na sali jest wiele innych miejsc czekających na to, aż ktoś przy nich zasiądzie.

Wyobraźmy sobie sytuację, że wchodzimy do restauracji. Ruch jest średni, nie trzeba polować na stolik aby coś dobrego zjeść. Mamy klika możliwości w różnych rejonach sali. Kwestia naszego wyboru. My jednak siadamy przy stoliku, który dopiero co ktoś opuścił i talerze, szklanki czy cokolwiek tam było potrzebne nie zostało jeszcze odniesione. Coś się rozlało, coś wysypało, albo po prostu wypadło poprzednikom z talerza.Siedzi nam się więc przy tym niezwykle miło. Kelner zajmuje się innym stolikiem, potem słyszy dzwonek z kuchni, a więc wyniesie przygotowane dania, później zrobione napoje dla innego stolika i mogą się wydarzyć dwie rzeczy:

Po pierwsze – może Was, rozebranych z kurtek, siedzących przy brudnym stoliku pominąć, a jeszcze nie daj boże bądźcie podobni do poprzedników… nie zawsze zwraca się uwagę na twarze i jeżeli nie ma diametralnej różnicy to może być problem. Bo przecież logicznie rzecz biorąc nikt przy brudnym nie powinnien siadać. On się oczywiście zreflektuje w wolnym momencie, że coś nie gra, ale co Wasz stracony czas na niepotrzebnym czekaniu to Wasz stracony czas.

Scenariusz numer dwa – kelner odnotował Wasze przyjście, Waszą nie ukrywajmy niezbyt trafną decyzję. Najpierw jednak zrobi rzeczy, które stoją w kelnerskiej hierarchii wyżej. (Czyli gdy akurat zadzwoni dzwonek to wyniesie potrawy z kuchni, rozniesie zamówienie z baru i na bank jeszcze w międzyczasie ktoś zaczepi go o domówienie czegoś lub przygotowanie rachunku.) Musielibyście mieć niebywałe szczęście, żeby mógł do Was od razu podejść. Zebrać brudne rzeczy – jedno przejście, przetrzeć stolik – drugie przejście i w końcu podać karty. Na dzień dobry jesteście kilka minut w dupę i to nie ukrywajmy na własne życzenie.

Dla mnie takie zachowanie to fenomen, którego nie potrafię zrozumieć. Sytuacja, że miało ono jakikolwiek sens zdarzyła mi się tylko RAZ i chodziło tam o panią, która miała całkiem sporo zakupów i wózek z dzieckiem. Nie chciała utrudniać przejścia więc usiadła przy stoliku, który był akurat brudny, ale wokół którego było najwięcej miejsca. Jedyny przejaw logicznego i rozsądnego zachowania. Cała reszta to dla mnie kosmos.

Jest czysty wolny stolik? To siadaj przy nim, jedyne co możesz stracić to dłuższy czas obsługi.

2. Nie mów, że jesteś gotowy złożyć zamówienie, gdy dopiero zaczynasz czytać kartę. Bardzo często w takich sytuacjach kelner pyta czy może coś polecić albo proponuje, że da kilka minut jeszcze do namysłu i tu pojawia się charakterystyczne “Nie, nie, nie, niech Pani nie odchodzi, ja już prawie wiem, a wie Pani spieszy mi się”. Pytasz więc co będzie i słyszysz ciszę, bo prawie zdecydowany jegomość jest dopiero na drugiej pozycji w menu i skupiony na czytaniu nawet nie odnotowuje Twojego pytania. Decydujesz więc na głos, że wrócisz za chwilę, bo oto wszedł nowy stolik, który wypadałoby obsłużyć, a kuchnia dzwoni, że można wynosić zrobione danie, ale wtedy pada pytanie “ A co Pani poleca?” . Sprawnie więc przedstawiasz to co w karcie jest najbardziej warte uwagi i dostajesz odpowiedź, że na to ten Pan akurat nie ma ochoty i że może coś innego, a w sumie to on może jeszcze faktycznie poczyta, bo nie zauważył jeszcze kilku dań, no i chyba jednak już mu się tak nie spieszy. Odchodzisz więc, żeby w połowie kroku usłyszeć “Albo wie Pani co..” Wracasz, on dalej nie wie i bawicie się w kotka i w myszkę, z której naprawdę trudno jest wyjść w grzeczny sposób, a wiadomo, że gość najważniejszy więc stoisz jak ten kołek i czekasz, kulturalnie, dyplomatycznie dopytujesz, coś wtrącasz, zachęcasz, bo na sali są już nie jeden, a trzy stoliki czekające za jakąkolwiek obsługą. Koniec końców kończy się albo na pierwszej pozycji z karty, albo na Twoim poleceniu. Do picia nic nie chce, z dodatków też nie. Je będzie domawiał za chwilę, partiami.

3. To jest dokładnie kolejna rzecz, która wprowadza niepotrzebne zamieszanie. Składanie zamówienia na raty. Po to dostajesz drogi gościu kartę i po to dostajesz czas, żeby się zastanowić i zdecydować. Jeżeli zamówisz danie główne, za kilka minut powiedzmy frytki, poźniej dodatkową sałatkę, a za jeszcze kilka chwil sos do nich, to mniej więcej w takim rozłożeniu czasu te wszystkie rzeczy dostaniesz. One magicznie się nie złączą w całość. Bo kuchnia też pracuje według swojego schematu i żeby zamówienia wychodziły sprawnie, oni muszą robić je po prostu po kolei. Kelner tu nie ma zbyt wiele do gadania. Może zaznaczyć, że coś domówił do poprzedniego zamówienia, ale te kilka czy kilkanaście minut w składaniu zamówienia naprawdę robią różnicę.

Najzabawniejsze w sumie w tych dwóch łączących się punktach jest to, że najczęściej zdarzają się u ludzi, którzy po tym jak siadają pierwsze co deklarują to to, że się spieszą. Naprawdę warto poświęcić chwilkę dłużej na porządne zapoznanie się z kartą niż później na domawianie, czekanie i kombinowanie jak tu skorzystać z promocji, której się nie zauważyło.

4. Jeżeli chcesz skorzystać z jakiegoś rabatu, albo oferty jaką ma do dyspozycji restauracja to to zakomunikuj na samym początku. Bardzo często jest tak, że dane miejsce ma jakieś zniżki dla posiadaczy konkretnych kart czy studentów. Bardzo często jest tak, że dane miejsce ma też swoje oferty specjalne, o których wszystko w restauracji krzyczy, w tym wyróżniony fragment karty, a mimo to ludzie tego nie odnotowują podczas czytania. Potem jak już czekają, następuje nagłe olśnienie i prośba do kelnera, żeby to zmienić, bo to się jednak bardziej opłaca. Nie zawsze i nie wszędzie się jednak tak da. Co też jest prawdę mówiąc logiczne. Na kuchnie idzie zamówienie na vege sałatkę, oni zaczynają ją przygotowywać, Ty po pięciu minutach stwierdzasz, że nie dostrzegłeś oferty lunchowej, gdzie nie ma sałatki, ale jest jakiś kurczak w sosie własnym i chcesz wymienić. No nie ma szans, bo zamówienie jest już realizowane. Nie po to są takie rzeczy umieszczane w karcie, żeby ich nie czytać. Zawsze można podpytać kelnera o ofertę dnia, gdy nie zależy nam na szczególnym daniu, bo gdy kelner widzi, że zamawiamy vege sałatkę to sam z siebie nie wypali z propozycją ” Wie Pani co, ale my mamy niesamowitą ofertę dnia z kurczakiem, niech Pani to weźmie“. Nie siedzi się w głowie gościa, nie wie się czy zależy mu na danym daniu czy na jego cenie. Dlatego zresztą zazwyczaj jakiekolwiek promocje są zaznaczne w karcie albo ogłaszane na tablicach przy wejściu do restauracji. Wystarczy się z tym zapoznać.

Zniżki. To jest temat rzeka i sprowadźmy to do najprostszej postaci. Kelner Cię nie zna, nie wie gdzie pracujesz, czy studiujesz, czym się zajmujesz, ile zarabiasz. Ma przed sobą całkowicie anonimowego gościa. Przyszedłeś dobrze zjeść, wiadomo, że chciałbyś zjeść dobrze i zapłacić mało. W Twoim interesie jest o to zadbać. W menu, na drzwiach wejściowych, przy kasie.. zawsze gdzieś są umieszczone informacje o tym czy i jaka przysługuje komuś zniżka. Znowu wiele nie trzeba, wystarczy się lekko rozejrzeć, albo zapytać kelnera, po to on zresztą tam też jest. Żeby odpowiadać na pojawiające się pytania.

Masz zniżkę, mówisz o tym kelnerowi, on Ci nalicza do rachunku, drukuje paragon, Ty płacisz mniej, wszyscy zadowoleni.

Zdecydowanie zbyt często jest jednak tak, że masz zniżkę, płacisz rachunek, już prawie wychodzisz i stwierdzasz, że o niej zapomniałeś powiedzieć. Wracasz, rachunek nie był duży, ale chcesz te trzy czy cztery złote z powrotem dla siebie. Prawdopodobieństwo, że kelner będzie mógł coś w tym temacie zrobić jest małe. Anulowanie paragonu fiskalnego nie w każdym miejscu jest takie proste. Denerwujesz się, zaczynasz się kłócić z kelnerem, który nie może nic z tym faktycznie zrobić i będzie Ci to chciał spokojnie wytłumaczyć. Koniec końców psujesz sobie nerwy za trzy złote i wychodzisz. Wystarczy załatwić to na początku, przy zamawianiu, będziesz wiedział czy płacisz mniej czy nie, nie będziesz musiał pamiętać, żeby powiedzieć o legitymacji przez cały posiłek i przede wszystkim nie będziesz się denerwował przez trzy złote.

5. Napiwki. Jedna sprawa, to to, że nie musisz się tłumaczyć z faktu, że ich nie zostawiasz. W Polsce napiwki nie są doliczane do rachunku, nie są więc też i obowiązkowe. Jeżeli uważasz, że zostałeś dobrze obsłużony, jedzenie było dobre, nic nie wpłynęło negatywnie na Twoje odczucia i masz ochotę zostawić ten napiwek to zostaw. W każdym innym przypadku, gdy po prostu nie chcesz tego robić, choć zapewniasz panią kelnerkę o wspaniałości wszystkiego nic nie mów. Pracuje w miejscu w którym napiwki mogą być doliczane do karty, nie wszędzie jest to normą, dlatego rozumiem, gdy gość o to pyta. Pojawiają się jednak sytuacje, gdy ktoś napiwku po prostu nie chce dać, tak też może się stać, wszystko zależy od podejścia, płaci kartą i rzuca tekstem pasującym do sytuacji jak zespół metalowy do biblioteki – “ No nie, nie mam żadnych pieniędzy na napiwek”. Nie jestem bezczelnym kelnerem, dlatego nigdy nie powiedziałam, że nic nie szkodzi, mogę doliczyć do karty. Choć czasami to się naprawdę prosi.

Jeżeli wszystko było w porządku, zostałeś dobrze obsłużony, jesteś zadowolony z wizyty, ale nie chcesz zostawiać napiwku, to po prostu zapłać i wyjdź. Nie musisz się nikomu z tego tłumaczyć i prawdę mówiąc o wiele lepiej wypadniesz jak tego nie zrobisz. Miałam kiedyś panią, która nie wiedziała, że można doliczyć napiwek do karty, uregulowała rachunek, wyszła z restauracji i wróciła po kilkunastu minutach z gotówką, mówiąc, że to dla mnie za przemiłą obsługę. Miałam też Pana, który przyszedł z kolegą, każdy płacił za siebie, on zarzucił mi wyżej wspomnianym tekstem, kolega poprosił o doliczenie napiwku do karty. No i mamy niepotrzebne zażenowanie. Nie róbcie sobie tego.

Druga kwestia, to kwestia ich zostawiania. Napiwek jest formą docenienia pracy kelnera, w naszym kraju, jak wcześniej wspomniałam całkowicie dobrowolną. Jak wyżej też wspomniałam nie musicie go zostawiać. Ja jestem wdzięczna za wszelkie napiwki jakie są mi zostawiane, są jednak pewne granice, których się nie przekracza i kiedy czuje się po prostu niesmak. Słyszałam o przypadkach nieprzyjmowania napiwków, gdy nie chodziło o to o co chodzić powinno, a o doładowanie swojego ego czy zrobienie popisu przed znajomymi. Wszystko to świadczy jednak o danym człowieku. Ja sama przez cały ten swój czas pracy miałam tylko jedną taką graniczą sytuację i był to przypadek, gdy pewna pani zostawiła 19 groszy napiwku, wyliczonych z żółtych monet. Takich rzeczy się nie robi, wtedy lepiej nie zostawić nic. Nie jestem z typu kelnerów, którzy narzekają na kwoty, które znajdują w płatnikach. Ja się z nich zazwyczaj bardzo cieszę, bo złotówka do złotówki i zbiera się całkiem fajna kwota na koniec zmiany. Bez przesady jednak. Gdy wydaje się kilkadziesiąt złotych, a zostawia kilkanaście groszy to jak bardzo nie chciało by się nie być zażenowanym, no to się nie da.

Podczas dawania napiwku przez ludzi, można się najwięcej o nich dowiedzieć, a przede wszystkim o ich szacunku do drugiego człowieka i ich samoocenie.

6. Nie strzelaj na kelnera palcami. Nie powinnam w ogóle musieć tego pisać, a jednak i mnie kelnerkę XXI wieku spotkało coś takiego i to ze strony chłopaka, który nie ma jeszcze osiemnastki, a rachunki regulują mu rodzice. To, że to chamskie, to, że brak kultury, szacunku i wychowania, to chyba oczywiste. To nie są czasy, kiedy to jest na porządku dziennym, kelner to przede wszystkim człowiek, dopiero później wykonawca jakichkolwiek czynności.

Osobiście jestem typem kelnera, który przywita Cię uśmiechem, postara się, żebyś został obsłużony sprawnie i był jak najbardziej zadowolony. Jak pytam czy smakowało to nie dlatego, że trzeba, a dlatego, że faktycznie chcę wiedzieć. Nie jestem wredna, uszczypliwa i nie robię wszystkich rzeczy, które mogłabym robić będąc kelnerem, a które gościom nie umilałyby wizyty. Są jednak te granice i pstrykanie palcami jest jedną z nich.

Jeżeli jesteś cham i prostak, to nie dziw się, gdy obsługa sali dokładnie tak Cię potraktuje. Nawet nie trzeba już pstrykać palcami, można okazać się bucem na milion sposobów. Z tym jednak raczej nic bez poważnych rozważań na swój temat się nie zrobi. Więc zdecydujmy się po prostu na ograniczenie swoich zachowań i na bycie chamem kiedy indziej. Jak Ty traktujesz ludzi, tak oni potraktują Ciebie, a w gastronomii tę prawdę widać aż nazbyt dobrze.

7. Reguluj swoje rachunki. Na koniec, coś co też nie powinno się tutaj pojawić, a co jednak trzeba zaznaczyć, bo okazuje się, że są jednak ludzie, którzy myślą, że mogą przyjść, najeść się i wyjść nie płacąc. Prawdę mówiąc to najzwyklejszy przejaw kradzieży, której nie rozumiem o tyle, że spotkał mnie przy osobach, które miały pieniądze by zapłacić. (koniec końców Ci ludzie bezczelnie wracali i proszeni o regulacje zaległego rachunku przed złożeniem nowego wyjmowali portfel i płacili – tak, też tego nie rozumiem)

Masz pieniądze – jadasz w restauracjach, płacisz, nie robisz problemów kelnerom, którzy, jeżeli zwiejesz będą musieli płacić za Ciebie. Jesteś uczciwym człowiekiem, co powinno być normą i standardem. Nie masz tych pieniędzy – jedz w domu, miejscach, które gwarantują darmowe posiłki. Tu też nie ma żadnej filozofii. Żyj na swój stan, uczciwie, bez podkładania świń innym. To nie jest trudne.

EDIT: Nie wiem jak to się stało, ale kompletnie zapomniałam o jeszcze jednym punkcie, który należy do tych z kategorii najbardziej niezrozumiałych. Dzisiejszy dzień pracy jednak życzliwie mi o tym przypomniał. Koryguje się więc i dopowiadam to czego dopowiadać wcale nie powinnam.

8. Nie przynoś do restauracji swojego jedzenia ani nie wnoś posiłków z innego lokalu, jeżeli nie ma na to przyzwolenia. Wchodzisz do danego miejsca, chcesz być traktowany jak gość, nie jak klient. Chcesz by o Ciebie zadbano, dołożono wszelkich starań abyś czuł się tam jak najlepiej, ale na wstępie odwalasz maniane, wnosisz jedzenie z innej restauracji, nie pytając czy możesz, nie zastanawiając się czy wypada, a przede wszystkim nie myśląc, że to po prostu oznaka braku kultury. Robisz tak, bo tak, bo koleżanka wolałaby zjeść tu, a Ty tam, bo mają dobrą herbatę, której chcesz się napić.. ale to miejsce zamknięte, a nie wspólna przestrzeń fast foodów w centrum handlowym. Dany lokal oferuje dane smaki, ma swoją ofertę i Ty jako gość albo to akceptujesz, albo wychodzisz i szukasz czegoś innego. Nie po to ktoś tworzy jakieś miejsce, żeby ktokolwiek inny przychodził i robił z niego coś kompletnie innego. Z punktu właściciela jest to bezsensowne, nic więc dziwnego, że się na to zazwyczaj nie zgadzają.

Są miejsca, które ze sobą współpracują, owszem, ale o tym zostaniesz poinformowany. Obsługa powie Ci, że możesz na przykład alkohol kupić obok, albo pizze od nich z lokalu zabrać tam. To jest jednak dogadane i nie stanowi randomowego działania klienta. W każdym innym przypadku pytaj czy możesz zjeść coś co nie zostało tam przyrządzone. Jeżeli się zgodzą to super, a jeżeli nie to po prostu zdecyduj się czy zostajesz czy wychodzisz. Nie musisz tupać nogą, krzyczeć, straszyć, że więcej nie przyjdziesz i opieprzać kelnera, bo oprócz swoich popsutych nerwów nic nie zyskujesz.

Sprawna obsługa stolika to zgrana współpraca klienta z gościem, tu odpowiedzialne są dwie strony i choć kelner pełni funkcję gospodarza, to nie wszystko jest w jego zasięgu mocy. Niektóre kwestie zależą po prostu od gościa i sądzę, że warto zdawać sobie z tego sprawę. Pytanie czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek tak na to spojrzeć?

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] wpisie z niepożądanymi zachowaniami w restauracji wspominałam, że obsługa stolika to sprawna współpraca między klientem, a kelnerem. Tutaj […]