Ostatnie 3 miesiące.

Istniej teoria jakoby trzy miesiące wystarczyły do tego aby swoje życie całkowicie i niezaprzeczalnie wywrócić do góry nogami i choć znam ją już od dłuższego czasu, a chęć zbadania czy faktycznie ma to założenie jakikolwiek sens, chodziła mi po głowie już wiele tygodni. To zbierałam się do tego gorzej niż pies do jeża i życie mnie wyprzedziło.

Ostatnie trzy miesiące, może nie wywróciły wszystkiego, ale z cała pewnością wywołały odczuwalne zawirowania, które niedość, ze nie były krótkie to teraz niosą swoje dalsze konsekwencje, na żadne z nich jednak nie narzekam, a za wszystko to co się wydarzyło mogę być jedynie przeogromne wdzięczna i to właśnie to uczucie jest tym najsilniej obecnie przeze mnie przeżywanym.

Ilość marzeń jaką mogłam wykreślić ze swojej listy napawa mnie nie tylko nieopisany szczęściem, ale i zuchwała myślą, ze to dopiero początek i ze jednak się da, nawet jeżeli do końca się wszystkiego nie kontroluje.

Przegląd ostatnich trzech miesięcy:

1. Wyjazd camperem do Gelsenkirchen na szkolenie z Tonym Robbinsem. To była w sumie jedyna stu procentowo zaplanowaną rzecz jeżeli chodzi o moje tegoroczne wakacje. Dzielnie wyczekałam na nią ponad pół roku, zdając sobie doskonale sprawę po co tam jadę. Oczekiwałam wiele dostałam jeszcze więcej.

2. Wyjazd do Włoch (Bergamo, Mediolan, Brescia) Do tego właśnie doprowadził mnie pierwszy szalony dzień nauki włoskiego, który zdeterminowana opublikowałam na story w mediach społecznościowych, a który prawdę mówiąc okazał się być pierwszym i ostatnim jak do tej pory. Wystarczył jednak abym pojechała do tego pięknego kraju i na własnej skórze doświadczyła włoskiego podejścia do życia oraz zrozumiała i wdrożyła u siebie miłość do jedzenia, jaką w sercu nosi każdy poważny obywatel Półwyspu Apenińskiego.

3. Wyjazd na Mazury wyszedł spontanicznie i zagwarantowal mega piękny czas, a przy okazji pozwolił odczuć spokój, którego trochę w tym moim życiu w ostatnim czasie brakowało, a za którym miało się okazać, że jednak tęskniłam.

4. Dwie przeprowadzki. Mówi się, że nowe miejsce zamieszkania to nowe życie, nowy początek i wszelkie inne górnolotnie brzmiące rzeczy. Pierwsza taka nie była, ta druga dopiero ma się okazać swoją twarz. No zobaczymy…

5. Pierwszy i nie jedyny raz usiadłam za kierownicą gokarta. To było marzenie z typu tych prostszych do realizacji, ale ciągle pozostających w strefie niewykonanych. Do czasu, aż zaproponowano konkretny termin, podjechano po mnie samochodem i zawieziono na tor. Każda kolejna wizyta kończy się osobistymi rekordami i przekonaniem, że to fantastyczna forma zabawy. Dobrze, że przyszedł ktoś i mnie tam zaciągnął.

6. Zabawa analogiem. Z fotografią jakiś czas temu pogniewałam się przeogromne, na tyle poważnie, ze nie chciałam jej widzieć na oczy ani czegokolwiek na jej temat słyszeć. Byłyśmy skłócone, obrażone, tak jak tylko najbardziej i najpoważniej można. Minął jednak ponad rok, a moje negatywne emocje wyblakły i ustąpiły miejsca lekkiej tęsknocie. Tęsknocie, która podsunęła mi pomysł zabrania aparatu na Mazury i która teraz pcha mnie w kadrowe postrzeganie życia. Nie wracam do fotografii, jeszcze nie, ale nie da się ukryć, ze chyba zaczynam robić podchody jakby mnie po takim czasie przyjęła.

7. Poznanie Dominika. Siódemka to podobno szczęśliwa cyfra i nie wiedzieć czemu, całkowicie nieplanowanie pod nią znajduje się wydarzenie, które chyba najbardziej powywracało mi ustalony porządek egzystencji, a z którego prawdę mówiąc, jeżeli musiałabym wskazywać, cieszę się najbardziej.

8. Urodziny Miśki. Impreza imprezą, mi w tym roku chyba jednak bardziej utkwiło sprawienie małej niespodzianki z zapalniczka zamiast świeczek, domowym ciachem i piccolo, co by się ta moja najlepsza przyjaciółka nie czuła staro, a potem poimprezowe robienie tostów i masa śmiechu, i radosci od samego rana.

9. Urodziny mojej kuzynki. Dzieciaki naprawdę szybko dorastają, a ja mogę być tylko dumna, że ta moja Baśka wyrasta na tak zajebistą młodą kobietkę.

10. Przyjazd mamy do mego miasta. Udało się, przyjechała i Wrocławiem podobnie do mnie się zauroczyła, co cieszy mnie bardziej niż zakładałam. Pokazałam wiele, sama odkrywając miejsca, których do tej pory jeszcze nie miałam okazji zobaczyć. Zostało coś jeszcze na kolejna wizytę, która mam nadzieje nastąpi szybciej niż później. Naprawdę dobrze jest mieć ogarnięte kontakty z rodzicami.

11. Rozwinięcie miłości do żużla i stanie się oddanym kibicem Sparty. Na żużlu do pory wrocławskich rozgrywek byłam raz czy dwa i to w podstawówce, bakcyl był, ale nie na tyle silny, żebym specjalnie jeździła do Torunia czy Bydgoszczy z mej rodzinnej miejscowości na mecze. Teraz siłą rzeczy zadając się z miłośnikiem tego sportu mój bakcyl wrócił i w końcu ma okazję się spełnić. Wrocławska drużyna jest drużyną niezwykle wdzięczna do oglądania, a dodatkowo mnie potrafi kupić swoim pięknym sportowym podejściem. Mecz za meczem, a me uwielbienie wzrasta.

12. Rzucanie siekierami. Zaraz minie rok odkąd zamieszkałam we Wrocławiu, a ja dalej nie mogę powiedzieć, że znam to miasto choć w połowie i prawdę mówiąc nie wiem czy kiedykolwiek będę miała okazje wygłosić takie zdanie. Tym bardziej jednak się cieszę kiedy pojawia się sposobność, możliwość odkrycia czegoś nowego. W tym przypadku to było coś niezbyt oczywistego, miejsce w którym do tarcz można sobie rzucać siekierami, a czemu nie. Pomysł cudny, wykonanie i przygotowanie na wysokim poziomie i tylko moje zdolności rzutów konkretnie są do poprawy, ale co się pośmiałam to zdecydowanie moje.

13. Odwiedzenie Berlina. Niemcy nigdy nie były wysoko na mojej podrożniczej liście, tak się jednak złożyło, że w przeciągu miesiąca byłam w nich dwukrotnie i dwukrotnie wywarły na mnie czymś innym niezwykle pozytywne wrażenie, na tyle pozytywne, że mam w planach tam wrócić, nie tylko do samej stolicy, która oczarowała mnie błyskawicznie, ale i w inne regiony, które do zaoferowania ma nasz zachodni sąsiad.

14. Polubiłam kota. Bez szaleństw. Jednego, konkretnego. Jak na moje całkowite zadeklarowanie w miłości do psów to i tak jest to więcej niż dużo. Prawdę mówiąc nie wiem jak to się stało. Balbina potrafiła mnie sobie kupić, mało tego odnoszę dziwne i nieodparte wrażenie, że nie wymagało to od niej nadzwyczajnego wysiłku. No lubię tego kota, naprawdę go lubię.

15. Wymieniłam telefon. Chciałabym powiedzieć, że ma to kilka korzyści, ale prawda jest taka, że ma o wiele więcej, a ja sama nie jestem wstanie zweryfikować ile, bo każdego dnia odkrywam coś nowego, co twórcy tego mojego telefonu zrobili dla ułatwienia mojej egzystencji. W końcu mi się nic nie zacina, ilość aplikacji po ściągnięciu kilku nie osiąga krytycznego poziomu, a aparatem mogę się bawić równie dobrze jak nie tak dawno lustrzanka. Technologia to jednak piękna sprawa.

16. Byłam na egzaminach zaliczeniowych w szkole aktorskiej. Jako publiczność. Mała salka w piwnicy, zciśnięta publiczność, mniej lub bardziej zestresowani studenci pierwszego roku i niezwykle ciekawie przygotowane aranżacje kompletnie mi do tamtego czasu nieznanych sztuk. Bawiłam się tak świetnie, ze następnym razem gdy przygotowywano spektakl poszłam bez zastanowienia i tez się nie zawiodłam.

17. Wzięłam udział w letnim skansenowym festynie i choć pogoda uniemożliwiła nieco oglądanie wszystkiego co do oglądania było możliwe, to niezaprzeczalnie była to bardzo udana niedziela, która pokazała mi więcej niż mogłabym oczekiwać.

18. Pierwszy raz w życiu leciałam samolotem. To tak w aspekcie podróży do Włoch, w końcu trzeba było się jakoś tam dostać. Nie siedziałam przy okienku, nie mam żadnego typowego instagramowego zdjęcia i pierwsze lądowanie było jednym z gorszych podróżniczych przeżyć, ale mimo to niezaprzeczalnie się tym cieszyłam. Ulubionym środkiem transportu samolot nie zostanie, jednak ma swój klimat, którego nie potrafię mu odebrać i do którego z całą pewnością będę wracać.

Odwiedziłam rodzinne strony, do których nie da się ukryć uwielbiam wracać i w których każda wizyta kończy się niesamowicie pięknymi i dobrymi odczuciami. To cudowne uczucie mieć ludzi, którzy Cie wspierają, są dla Ciebie życzliwi, trzymają za Ciebie kciuki i za Tobą podczas Twej nieobecności najzwyczajnej w świecie tęsknią. Ja mam to szczęście, że taka właśnie jest moja rodzina i nie ukrywam, że jestem za to cholernie bardzo wdzięczna.

Poznałam masę fantastycznych osób, sama jestem w szoku jak wiele ich się przez te dziewięćdziesiąt dni przewinęło i jak niektóre z nich znacząco się zapisały. Były takie, które czegoś mnie i nie tylko mnie nauczyły, były takie które mnie umiały rozbawić i takie które przede wszystkim pozwoliły mi dalej lubić ludzi i cenić ich za ich indywidualne spojrzenie na świat.

Rozszerzyłam swoja kulinarna mapę świata, zaczynajac od Wrocławia i kultowych już krewetek w bułce, lodów z Romy czy truflowego makaronu z Ragu, przez pizzę z piwem nad stawem w środku berlińskiego parku, po najlepsze na świecie włoskie lody, panzerotti, makaron z pistacjami i tiramisu, które nie miało sobie równych. To z Włoch przywiozłam miłość do jedzenia, to zrozumienie, że faktycznie warto się rozkoszować smakiem i że może to sprawiać aż tak wielką przyjemność. Ta miłość już zostanie.

Nauczyłam się czegoś o samej sobie i nie ukrywam, że nawet ja siebie potrafię jeszcze momentami zaskoczyć. Los stawia przede mną różne sytuacje, a ja mam okazje sprawdzić jak się w tym wszystkim odnajdę i zachowam, i jeżeli mam być całkowicie szczera to idzie mi nad wyraz dobrze, ba! Niezaprzeczalnie jestem z siebie dumna, mam też nadzieję, że za trzy miesiące w tym temacie będę mogła stwierdzić dokładnie to samo.

Kolejne trzy miesiące przelecą, jak się skończą, niestety ze stu procentową pewnością nie mogę stwierdzić. Wiem jednak, że tych już do końca nie oddam samemu życiu i kilka aspektów z determinacją postanowiłam powprowadzać, a co wyjdzie niezależnie ode mnie będę traktować jak błogosławieństwo.

Zdecydowanie bowiem jestem w życiu szczęściarą i mogę jedynie dziękować za to wszystko co mnie spotyka. Dziękuje, dziękuje, dziękuje!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o