Kulinarna mapa Wrocławia | listopad

Ostatni miesiąc jesieni przyniósł przepiękną różnorodność w moich kulinarnych odkryciach. Żadne miejsce się smakowo nie powtórzyło, nawet nie było do siebie podobne, a przy tym każde było warte odwiedzenia i przyniosło mi wiele pięknych doznań, zarówno smakowych jak i w niektórych przypadkach po prostu estetycznych.

Piec na Szewskiej

Miesiąc rozpoczął mi się od najbardziej popularnego dania jeżeli chodzi o jakiekolwiek preferencje – pizzy. Wrocław jest bogaty w pizzerie, które co chwilę lądują w najlepszych zestawieniach. Gdy odkryłam pierwszą z nich, długo nie mogłam się przemóc, żeby z tego miejsca zrezygnować i pójść sprawdzić czy reszta rekomendowanych miejsc jest faktycznie równie dobra. Koniec końców bardziej z przypadku niż z planowanych działań trafiłam do Oliwy i Ognia, a na początku tego miesiąca i do Pieca na Szewskiej. Miejsca niezwykle obleganego, słynącego z tego, że było przodownikiem wyrabiania pizzy neapolitańskiej w stolicy Dolnego Śląska. Trzeba przyznać, że wychodzi im to naprawdę smacznie i kompletnie nie żałuję, że to miejsce odwiedziłam. Smakowo są godni polecenia, choć może na ten moment nie w pierwszej kolejności. Obsługa lokalu choć lekko zdezorientowana i zachowująca się czasami jakby sama się zastanawiała co tam robi, ogólnie w zestawieniu końcowym wypada na plus. Gorzej jest już z samym wystrojem miejsca, bo mimo tego, że zdaję sobie sprawę, że do restauracji przychodzi się przede wszystkim dla jedzenia, a nie walorów estetycznych to przez cały swój pobyt tam nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ktoś po prostu otworzył kiedyś lokal po kosztach i tak się kręci dalej. Może taka była idea, może ja jej nie rozumiem. Wiem jednak, że o wiele przyjemniej spędzało by mi się osobiście czas w miejscu w którym chociażby przyciemnione światło nie tworzy wrażenia brudu na ścianach, a menu nie przypomina nieumiejętnie klejonego w wordzie, w nocy przy latarce. Małe rzeczy, pierdoły, a jednak mające ogromne wrażenie. Wiele jest lokali, pizzerii, które nie mają powalającego wystroju, a mimo to człowiekowi o wiele przyjemniej się tam spędza czas. Nie trzeba wydawać nie wiadomo jak wielkich pieniędzy, czasem wystarczy zainwestować w lepsze żarówki i wrażenie zwykłego, niczym niewyróżniającego się lokalu, o ile taki był cel, było by jak najbardziej zachowane. Nie wiem czy kiedykolwiek chodziłam do restauracji tylko i wyłącznie po to, aby sie jedynie najeść. To raczej swojego rodzaju mała ceremonia, na którą wpływa wszystko – przez obsługę, atmosferę lokalu aż po właściwy smak dania. Tego się nauczyłam we Włoszech, ważności jedzenia i tego teraz na co dzień szukam. Restauracja, która potrafi to zapewnić swoim klientom jest skazana na sukces. W Piecu na Szewskiej moim zdaniem tego brakuje, mimo to przyciąga do siebie ogromne tłumy i chociaż ja sama nie planuję bywać tam regularnie, to życzę im jak najlepiej.

Peruwiana

Miejsce świeżutkie i jeszcze cieplutkie, otwarte raptem półtora miesiąca temu, w zagłębieniu dobrych restauracji na Włodkowica. Jeżeli miałabym wskazać w dzisiejszym wpisie miejsce, które wie jak zbudować piękny klimat i chęć spędzenia u siebie dużej ilości czasu to jest to właśnie Peruwiana. Restauracja, która jest fantastycznie urządzona, która ma niesamowicie ciepłą i przytulną atmosferę, która po prostu estetycznie zachwyca i wprowadza tym samym w dobry trans. Dochodzi do tego przeszkolona obsługa, sprawiające wrażenie faktycznie panującej nad rzeczywistością wypchanej po same brzegi sali i kolejki formującej się w drzwiach. Dobra muzyka, jedzenie, które faktycznie przenosi człowieka na ulice Peru i ten przyjemny gwar wynikający z ożywionych rozmów prowadzonych przy stolikach. Nie chciałam stamtąd wychodzić!

Smakowo średnio się tam odnalazłam, choć jedzenie było smaczne, to nie do końca połączenie mi odpowiadało. Tutaj jednak nie wynika to ze strony kuchni, a moich własnych preferencji. Fakt jest jednak taki, że jeszcze tam wrócę, tym razem na coś innego. To takie miejsce, które wręcz krzyczy, że ma wiele do zaoferowania. Zobaczymy w przyszłości czy będę wpadać tam na jedzenie czy tylko na pisco sour, które było obłędne, póki co polecam gorąco, bo naprawdę warto zetknąć się z czymś nowym w tak fantastycznym wydaniu.

Zenka Cafe

Człowiek przejeżdża tyle razy koło czegoś, potem się tam umawia i dziwi się, że omijał tak dobre miejsce, a co więcej nawet go nie zauważał. Zenka Cafe to bardzo zgrabne połączenie restauracji z kawiarnią. Miękkie kanapy, połączenie ciemnych brązów z ciepłymi szarościami. Miło i przytulnie, idealnie, żeby usiąść zjeść obiad z lampką wina, przyjść na kawę, malinową herbatę czy czekoladę z piankami. To takie miejsce stworzone po to, aby móc spotkać się ze znajomymi na przyjacielskie popołudnie, omówić biznesplan na nowe życie albo spędzić czas w dwójkę. Nie wiem jak, ale udało im się to naprawdę dobrze zgrać. Spędziłam tam masę czasu, zjadłam pysznego pstrąga na młodych ziemniakach w śmietanie i szpinaku. Wypiłam smak jesieni, opatulona ciepłym szalem i jeszcze przez okna zajmujące całą ścianę mogłam chwytać skrawki zachodzącego słońca. Dobre miejsce do spędzenia dobrego czasu i tyle.

Doma Korean BBQ and Sushi

Miejsce, które też na dobrą sprawę nie zdążyło się jeszcze wpisać w kulinarny krajobraz miasta, ma bardzo słaby rozgłos w sieci, a już zyskało dużą popularność zwłaszcza wśród azjatyckiej mniejszości. Jeżeli o sukcesie jakieś tematycznej restauracji ma cokolwiek świadczy to chyba przede wszystkim fakt, że tak chętnie jest odwiedzana przez wychowanków jej rodzimej kuchni. Za pierwszym razem musieliśmy obejść się smakiem, wszystkie stoliki były bowiem zapełnione, ewentualnie czekano za rezerwacją. Za drugim to my byliśmy rezerwacją. Restauracja jest prosta, utrzymana raczej w duchu minimalizmu, sprytnie łącząca ze sobą odcienie głębokiego niebieskiego z jasnobrązowymi blatami stołów i czarnymi wykończeniami baru. Na wstępie przywitał nas anglojęzyczny pan, który samym uśmiechem już mnie do siebie przekonał. Zamówiliśmy dakgalbi, czyli rodzaj pikantnej potrawki z kurczaka, bardzo podobno popularnej w kuchni koreańskiej. Zdziwiliśmy, że nie mają nic ciepłego do picia i nie wiedzieć kiedy pojawił się przed nami ten sam pan, z tym samym szczerym uśmiechem niosąc przed sobą małą kuchenkę, a na niej nasze danie. Postawił ją na stoliku, wytłumaczył co i jak, i zniknął, pozwalając żeby do naszych nosów wdzierały się naprawdę apetyczne zapachy. Po chwili wrócił, coś pomieszał, trochę zagadnął, życzył smacznego i już go ponownie nie było. Dakgalbi okazało się być obłędne, oj długo jeszcze przeżywałam jakie to było pyszne, nawet dla mnie miłośniczki raczej łagodnych smaków. Zrozumiałam, że ciepłe napoje faktycznie by się przy tego typu smakach nie sprawdziły i poczułam idealnie najedzona, kiedy zjedliśmy naszą zamówioną porcję.

Jeżeli miałabym polecić tylko jedno miejsce z tych odkrytych w listopadzie to jest to właśnie Doma Korean BBQ and Sushi. Za atmosferę, którą robią przede wszystkim ludzie, za pyszne smaki i za to, że nawet mój średni angielski nie przeszkadzał mi się tam świetnie bawić. Tam koniecznie trzeba zajrzeć.

Osiem Misek

Pod względem smakowym to jest to moje odkrycie wakacji, a nie ostatniego miesiąca jesieni. Osiem Misek już zawsze i wszędzie będzie mi się kojarzyło z food truckami, ciepłym letnim powietrzem i bao z krewetkami jedzonym późnym wieczorem w otoczeniu tysiąca światełek. Tak ich bowiem poznałam i tak się w nich zakochałam. Skończył się jednak sezon letni, Nocny Targ został zamknięty ze względów temperaturowych i trzeba się zadowalać stałymi lokalami. W tym miesiącu więc niesiona przeogromną ochotą na wyżej wspomniany przysmak udałam się do stacjonarnego punktu restauracji na Włodkowica i przez przypadek zamówiłam coś kompletnie innego niż chciałam. Co prawda dalej była to ta chińska bułka robiona na parze i dalej były w niej krewety, choć w kompletnie innym wydaniu. Wydaniu, które okazało się jednak być tak samo pyszne jako to mi doskonale znane.

Osiem Misek zaczynało swoją przygodę od food trucków, właściciele mieli pomysł, mieli marzenie o własnej restauracji i zbyt małe środki na jej otwarcie, zdecydowali się więc na popłynięcie falą popularności wolno stojących samochodowych punkcików gastronomicznych. Powstało menu składające się z siedmiu stałych pozycji i jednej zmiennej, a potem nastąpił nimi zachwyt, coraz większy wzrost popularności, aż koniec końców mamy do wyboru wizytę w ich dwóch lokalach stacjonarnych lub licznych food truckach. Menu jednak w zależności od mobilności jest inne, stąd też moje zaskoczenie, gdy dostałam inaczej skomponowaną bułę z krewetą, niewątpliwy hit i znak rozpoznawczy Ośmiu Misek. Ja mam do nich wakacyjny sentyment i tym już na dobre wkupili się w moje łaski, lokal, który jest naprawdę ładnie urządzony, obsługa, która uśmiechem wita człowieka i ten niebieski neon na ciemnej ścianie to w tym przypadku tylko dobrze wpasowujący się dodatek. Nie ukrywam, że ja najwierniejsza jestem im latem, a tam to wszystko wygląda nieco inaczej. Tak czy owak, to miejsce z gatunku tych, które trzeba odwiedzić i wyrobić sobie swoją opinię.


*Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnych stron facebooka danego lokalu lub z bazy googla, w takim przypadku są podlinkowane strony właściwe, wystarczy kliknąć na zdjęcie.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o