Mazury

Nie mogę w swoim życiu narzekać na nudę, nie mogę też stwierdzić, że wokół mnie jest zbyt mało opcji na cokolwiek. Planuje jedno, przygotowuję się do drugiego, a koniec końców spontanicznie podejmuję decyzje o czymś kompletnie innym, trzecim. W przypadku Mazur było dokładnie tak samo. Schematy faktycznie lubią się powtarzać.

Wieczorem rozpoczęły się poszukiwania miejsca, następnego dnia rano już się pakowaliśmy i byliśmy w drodze. Im więcej podróżuje tym bardziej dociera do mnie jakie to jest zaskakująco i niesamowicie proste. Decyzja, działanie i można napawać się tym fenomenalnym uczuciem, które zawsze pojawia się podczas podróżowania, odkrywania nowych miejsc, wychodzenia ze swoich czterech ścian.

Nie wyjechaliśmy tak wcześnie jak chcieliśmy, ale nie miało to żadnego znaczenia. Mieliśmy w końcu czas i świadomość, że możemy wykorzystać i te kilka godzin w samochodzie na chwile radości.

Mówi się, że czas na tych naszych polskich Mazurach rządzi się swoimi prawami i choć sądzę, że on zawsze i wszędzie się nimi rządzi to fakt, tam, w Krainie Tysiąca Jezior jest to aż nad wyraz widoczne i nad wyraz odczuwalne. Tam jest czas na wszystko. Na lenienie się, na spacery, na głębokie i głupie rozmowy, na pracę i na odpoczynek. Tam wszystko samo się układa jak powinno i samo ustala co jest faktycznie ważne.

Ja w tamtych rewirach Polski nie byłam do tamtego wyjazdu ani razu, to był cel z mojej listy, cel do zrealizowania. Tak samo jak spędzenie choć jednej nocy w prawdziwym, niepodrabianym dworku szlacheckim. Tak się ułożyło, że tym razem udało się upiec dwie sroki za jednym razem.

Pałac Mortęgi, bo tam spędziłam swój pierwszy mazurski raz, jest położony raczej na obrzeżach województwa słynącego z pięknych jezior, nie uniemożliwia mu to jednak bycia miejscem na wskroś klimatycznym i na wskroś błogim, i spokojnym. Kompleks jeszcze trzy lata temu był mglistym wspomnieniem swojej szlacheckiej wielkości. Budynki w ruinie nie zachęcały do niczego, nawet oglądania. Dziś przyciągają z tak wielu powodów, że jedynie gratulować właścicielom marketingowego podejścia.

Plan był taki, że jedziemy odpocząć, zresetować głowę, naładować bateryjki i pozwolić sobie na zwolnienie ze wszystkim, bo jednak są z nas lekkie szałaputy co to trochę rzeczy w tych swoich żywotach robią.

Nie będzie już w tym momencie żadnym zaskoczeniem jeżeli napisze, że plan wypalił i to ponad zakładaną normę.

Mazury są faktycznie niesamowitym miejscem. Klimatycznym, mi osobiście szalenie kojarzącym się z rodzinną miejscowością. Zarówno w jednym jak i drugim miejscu odczuwam ten sam rodzaj całkowitego spokoju. Mam to niezachwiane poczucie, że wszystko jest tak jak być powinno, a wszechświat niedość, że nade mną czuwa to jeszcze ma specjalny plan ochronny.

Wszystko jest na swoim miejscu, bo dla wszystkiego to miejsce jest. Jednego dnia pobytu wsiedliśmy w samochód, uzbrojeni w informacje od pomocnej pani z recepcji ruszyliśmy szukać wskazanych miejsc.

Znaleźliśmy inne. Klimatyczny kościółek z 1400 roku w środku małej wioski, który te kilkaset lat temu był czynnym obiektem niemieckiego zainteresowania i opieki. Wokół niego cmentarz ze starymi nagrobnymi płytami upamiętniającymi obywateli naszego zachodniego sąsiada. U podnóża zwykła droga wzdłuż której nienaturalnie ułożone, zostały sporych rozmiarów głazy. Ciekawość wspierana rozsądkiem kazała iść ich śladem i odnaleźć jakieś wytłumaczenie, tym samym doprowadzając nas do mazurskiego Stonehenge. Obok ktoś rezolutny umieścił tablicę z której można dowiedzieć się, że to miejsce to Międzynarodowy Krąg Kultur, biorący swe korzenie ze słowiańskich, pogańskich wierzeń. Dwie wiary obok siebie i choć wydaje się być to zupełnie nie na miejscu, to pasuje do siebie idealnie.

Fot. Dominik
Fot. Dominik
Fot. Dominik

Bo jest na to przyzwolenie, bo jest wzajemne zrozumienie.

Mazury, które odkryłam właśnie takie są – otwarte, pełne zrozumienia i szacunku. Pojechaliśmy na tamtejszą atrakcję turystyczną, stary most, który w tym momencie jest całkowicie odnowiony i przygotowany na to, że faktycznie ktoś może chcieć go obejrzeć, czegoś się dowiedzieć i nim zainteresować. Moje zaciekawienie jednak bardziej wzbudziło to co znajdowało się tuż za nim. Łąka, w połowie ogrodzona typowym drewnianym ogrodzeniem, które pojawia się przed oczami, gdy mamy sobie coś takiego wyobrazić. W nim kozy. Od strony mostu – architektonicznej perełki na lata swojego powstawania, drewniane zadaszenie, pod którym ktoś kreatywny ustawił starodawny kredens, stół z malowanym w kwiaty blatem i zestaw wypoczynkowy w odcieniu turkusu. Obok duża klatka z kolorowymi papużkami współdzielącymi przestrzeń z białymi królikami. Na lewo mostek przecinający już w tym momencie wyschniętą rzeczkę.. sporo w tym wszystkim pewnego rodzaju absurdu i uroku jednocześnie. Człowiek patrzy, mija sekunda niezrozumienia i pojawia się uśmiech zachwytu nad samym podejściem pomysłodawcy.

Fot. Dominik
Fot. Dominik
Fot. Dominik
Fot. Dominik

Spokój, cisza, ciepłe promienie na twarzy i myśl, że faktycznie może się znaleźć tu wszystko. Nawet lody, które za dzieciaka kupowało się w sklepie na swojej wsi i których później nigdzie indziej nie można było odnaleźć.

Siedzieliśmy z tymi lodami na krawężniku pod miejscową świetlicą wspominając hity z bajkowych aspektów dzieciństwa.

Budziłam się z widokiem na pasące się konie i przesiedziałam sporo czasu obserwując poczynania i treningi tamtejszych jeźdźców.

Leżałam na leżaczkach rozstawionych na drewnianym pomoście. Trochę pisałam, trochę czytałam, a przede wszystkim pozwalałam by słoneczne promienie ogrzewały mi twarz.

Graliśmy w bilard, śmiejąc się z siebie wzajemnie i tłumacząc zasady gry dzieciakom z sąsiedniego pokoju.

Spacerowaliśmy, robiliśmy zdjęcia i jedliśmy rzeczy tak pyszne, że kompletnie się nie dziwię, że przed drzwiami restauracji wisi informacja o kulinarnym dziedzictwie. Wiedzieli co robią, gdy ją wieszali, w odróżnieniu ode mnie gdy pierwszy raz zeszłam tam na posiłek, po którym przepadałam. Dla samego jedzonka warto tam było pojechać.

To był dobry i piękny czas. Taki do którego się wraca myślami i jaki chce się wypracować na codzień. Jak fantastycznie, że coraz częściej się to udaje i jak dobrze, że są takie ogólnodostępne miejsca jak te nasze Mazury, gdzie można sobie tego spokoju zaznać i w walizce zawieść trochę do domu.

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Odwiedziłam Mazury – wielbicielkę natury zawsze będzie do niej ciągnąć, w każdej możliwej postaci. […]

trackback

[…] Mazury, oaza prawdziwego spokoju? – o wyjeździe zupełnie innym, w rytm spokojnego bicia serca i odpoczynku, gdzie nie dość, że dzielę się tym sierpniowym wyciszeniem to zdradzam namiary na obłędne jedzenie, a jakże by inaczej. […]