Drezno miasto hit czy kit?

To niemieckie miasto na mapie świata jest naprawdę szmat czasu. Obecnie przez wielu uznawane jest za perłę baroku, a pojawiają się i inne stwierdzenia jakoby miała być to Florencja Północy. Tymczasem Drezno najbardziej kolokwialnie mówiąc to miasto przegrane. Jego początki sięgają w naprawdę dalekie lata ludzkiej historii. Pojawiają się pierwsze niewielkie fragmenty osady, które jednak nie do końca mogą się zaskakująco szybko rozwijać ze względu na podmokły teren. Zresztą sama nazwa miasta jest określeniem wywodzącym się z starołużyckiego języka i jak się obstawia oznacza mieszkańców bagien. Teren wówczas faktycznie był bowiem podmokły i nie stanowił najlepszego miejsca na wybudowanie osady. Ktoś jednak stwierdził inaczej i powstał ośrodek, który na przestrzeni lat zaczął się rozwiać. Oczywiście z rozwojem i rosnącą pozycją pojawiały się też problemy. Mieszkańcy miasta na przestrzeni dziejów przeżyli epidemie dżumy, załamanie gospodarcze, powódź i pożar całego miasta, zajęcie przez Prusy, znaczne zniszczenie, a później naloty dywanowe podczas II Wojny Światowej. Patrząc na ich historię trudno oprzeć się wrażeniu, że to miasto, które kręci się w kółko. Co uda mu się wybudować znaczącą pozycję, podnieść na nogi po jakimś przykrym i smutnym zdarzeniu, pojawia się kolejne, i trzeba na nowo zabrać się do pracy.

Największy rozkwit tej aglomeracji zapanował w momencie, gdy tron objął August II Mocny, ten sam władca, który piastował i polski stołek. Niezależnie jak bardzo ktoś się nie interesuje historią ta postać powinna być mu choć troszkę znana. Legendy o jego życiu seksualnym i posiadaniu dziecka na każdy dzień roku, zazwyczaj zostają w głowie z lekcji mocniej niż inne, istotniejsze zdarzenia. Tak więc August II Mocny oprócz tego, że był podobno zdrowym i hardym mężczyzną lubiącym się w kobietach, uwielbiał również pieniądze, a tych miał niemało. W końcu królewska rodzina. Swój majątek zawdzięczał w przeogromnym stopniu miśnieńskiej porcelanie, której produkcja odbywała się niedaleko jego miasta pochodzenia, stolicy Saksonii, mojego trzeciego kierunku podróży do Niemiec. Był to na tyle dochodowy interes, że mógł sobie nasz władca pozwolić na wybudowanie kompleksu pałacowego Zwinger, inspirowanego podobno francuskim Wersalem, a później na wyposażenie go w tysiące porcelanowych figurek, które zajmowały choć w jakiś sposób przestrzeń, której nie byli w stanie wypełnić ludzie dworu. Pałac miał zadanie przede wszystkim reprezentatywne. Piękny, z setką małych aniołków na balkonowych balustradach był miejscem imprez, ploteczek i romantycznych skandali wśród tych najwyżej położonych. August wymyślił sobie, że zrobi z Drezna miasto o wyjątkowym znaczeniu. To za jego czasów powstają tam liczne muzea, budynki w barokowym stylu i katolickie budowle związane przede wszystkim z wstąpieniem przez niego na nasz polski tron. To były cudowne czasy wpływu religii na wybór władców i warunkiem koniecznym było aby władca Polski był chrześcijaninem. August II Mocny przyjmuje więc chrzest, a w swym mieście rezydencjonalnym stawia podkreślającą to świątynie i nakazuje budowę pierwszego katolickiego cmentarza. W tym samym czasie powstają również luterańskie budowle. Mieszkańcy Drezna nie byli zobligowani do zmiany wiary. Chociaż tyle logiki zostało zachowane. Do miasta zaczęli napływać ludzie sztuki i nauki, a miasto robiło wszystko aby czuli się tam jak u siebie. Oczywiście wśród nich było wielu Polaków. Chopin tutaj poznał swą Marię. Mickiewicz napisał uwielbianą przez wszystkich licealistów III część Dziadów. Na dwie dekady życia z miastem związał się Ignacy Jan Kraszewski, który tutaj miał stworzyć swoje największe dzieła. Już w latach dwudziestych poprzedniego wieku Rada Miasta stworzyła w zamieszkiwanym przez niego dworku muzeum poświęcone właśnie jego osobie i twórczości. W tym momencie jest to jedyne polskie muzeum w Dreźnie, ale na pewno niejedyny znak powiązań z naszym krajem.

Drezno miało też szczęście goszczenia na swoim dworze słynnego malarza włoskiego pochodzenia, który zwał się Bernardo Bellotto, a światu bardziej znany jest jako Canaletto. To ten sam artysta, którego obrazy pomogły odbudować zniszczoną Warszawę i dokładnie z tego samego powodu mówię o szczęściu niemieckiego miasta.

Stolica Saksonii w czasach II Wojny Światowej miała się naprawdę dobrze, walki ją ominęły, bo i samo miasto uchodziło przede wszystkim za ośrodek sztuki i kultury. Zbliżał się koniec wojny i można byłoby sądzić, że choć tym razem temu dotkniętemu już wieloma kryzysami miejscu, uda się wyjść z tego wszystkiego faktycznie obronną ręką. W końcu tyle lat działania wojenne je omijały, a tu nagle przychodzi jedna noc z 13 na 14 lutego 1945 roku i dywanowy nalot wymierzony w starą część miasta, a przede wszystkim w tysiące cywilnej ludności. W ciągu kilkunastu godzin miasto staje w płomieniach, zniszczeniu ulega to co tak mozolnie było tworzone, a życie traci kilkadziesiąt tysięcy zarówno tubylców jak i przebywających tam imigrantów. Drezno znowu jest zniszczone.

Na dobrą sprawę do tej pory nie ustalono czemu Churchil zdecydował się na ten atak. Poglądów, domysłów i spekulacji jest cała masa. Faktów i twierdzeń podawanych jako jedyne, prawdziwe i słuszne, też. Jedno jest pewne miasto na nowo musiało się zbierać. W tym momencie właśnie kluczowe okazały się obrazy Canaletta, które umożliwiły rozpoczęcie, trwających na dobrą sprawę do tej pory, prac rekonstrukcyjnych.

To jest właśnie to co nas wita jako pierwsze w tym mieście. Wszędobylskie metalowe żurawie, odgłosy budowy, rusztowania i budynki będące celem tego zamieszania. Udało się już odbudować Alstadt, czyli stare miasto, które faktycznie rzecz biorąc jest młodsze, niż znajdujące się za rzeką nowe miasto, nazywane Neustadt. Pracy nadal jest jednak wiele i będzie jej jeszcze sporo przez kolejnych kilka jak nie kilkanaście lat. Drezno z wybudowanym przez wieki uporem i cierpliwością podnosi się z kolan, pamiętając o swoim dorobku, robiąc wszystko aby do niego powrócić i móc kroczyć dalej, i to jest naprawdę godne pochwały. Nie da się jednak oszukać rzeczywistości. To miasto, w moim odczuciu nie jest żadną Florencją Północy. Choć muszę przyznać, że to piękne hasło marketingowe.

Muzea występują tu na wielu krokach, samo centrum miasta i ta jego odbudowana stara część architektonicznie rzecz biorąc robi faktycznie wrażenie, ale brakuje czegoś z czym ja sobie niezłomnie wiążę tę włoską prawdziwą Florencję, brakuje klimatu. Tej atmosfery, która mówiłaby, że to faktycznie miasto sztuki i kultury. Tego artystycznego czegoś, co zapewne przed nalotem dywanowym było obecne, a teraz siedzi w zakamarkach i czeka, kiedy będzie znowu mogło wyjść.

Trzeba jednak jedno oddać stolicy Saksonii. Jest idealna na city break, na taki krótki wyjazd. Te kilka dni w zupełności wystarczy, aby poznać miasto, wyrobić sobie zdanie na jego temat i ewentualnie zapragnąć wrócić tam jeszcze. Wszystkie zabytki są bowiem tak blisko siebie, że wystarczy kilka godzin, aby je obejrzeć i się im dość dokładnie przyjrzeć.

Tak, z całą pewnością można Drezno określić mianem miasta kompaktowego.

PIERWSZY DZIEŃ | SOBOTA

Poświęciliśmy na spacerowanie bez celu. Wyjechaliśmy jak się wyspaliśmy, a to oznacza, że na miejscu byliśmy około piętnastej. Zameldowaliśmy się w hotelu, który udało się znaleźć niezwykle blisko starej części miasta i ruszyliśmy na jego podbój. Samo łażenie bez planu już naprawdę wiele w tym przypadku daje. W popołudniowym wydaniu widzieliśmy większość rzeczy do których następnego dnia kierowaliśmy się już bardziej świadomie. Zatrzymaliśmy się na jedzonko, na niemieckie piwo, a po powrocie do hotelu ustalaliśmy plan działania na kolejny dzień i pośmialiśmy z szaty graficznej niemieckich bajek dla dzieci.

DZIEŃ DRUGI | NIEDZIELA

Tu już trzeba było narzucić pewne ramy czasowe, bowiem obiektów do obejrzenia było sporo, a godziny otwarcia były różne. Zaczęliśmy więc od tego co zamykało się najwcześniej i było najdalej.

NAJPIĘKNIEJSZA MLECZARNIA ŚWIATA

Od mleczarni wpisanej do księgi Guinessa. Jeszcze w XIX wieku jeden z przedsiębiorczych niemieckich rolników stwierdził, że przeniesie swoje gospodarstwo do miasta. Zajmował się bowiem sprzedażą mleka, które niestety bardzo często podczas transportu do stolicy Saksonii ulegało zepsuciu. Skrócił więc dystans. Otworzył mleczarnię na miejskich ulicach. Jak podają źródła posiadał sześć krów. Ich dojenie odbywało się w sklepowej witrynie, tak, aby klienci mogli mieć pewność, że mleko, które kupują jest faktycznie świeże. Nie będzie zaskoczeniem jeśli powiem, że w bardzo szybkim czasie odniósł niesamowity sukces. Pomysł rozrósł się do ogromnego przedsiębiorstwa, do prowadzenia, którego dołączył jego brat, a w późniejszych czas i ich synowie. Paul Pfund, bo o nim właśnie mowa zbudował prawdziwe mleczarskie imperium, będąc otwartym na wiele, w tamtych czasach, nowinek technicznych. Zakładał laboratoria, fabrykę tektur, a także postawił na drukowanie etykiet w zagranicznych językach. Jako pierwszy w Niemczech sprzedawał skondensowane mleko, które było niemałym hitem.


Jego przedsiębiorstwo było samowystarczalne. Zaczynając od przedszkoli dla dzieci pracowników, przez pralnie, na warsztatach samochodowych kończąc. Dziś najbardziej znane jest miejsce gdzie wszystko się zaczęło – mleczarnia przy Bautzner Str. 79. Swą sławę zawdzięcza niezwykle klimatycznemu wystrojowi, który zagwarantowały ręcznie malowane kafelki. Zresztą wykonane przez bardzo prestiżową firmę Villeroy & Boch, działającą do dnia dzisiejszego. Umieszczono na nich motywy roślinne i scenki z życia wiejskiego. Niedaleko wejścia pojawiła się również fontanna, z której w latach świetności wypływało mleko.

W chwili obecnej nadal można je tam oczywiście kupić, a także wszelkie produkty z niego wytwarzane, zaczynając od przychodzących jako pierwsze na myśl, serów przez nalewki, słodycze aż po kosmetyki. Gdyby ktoś miał życzenie może też kupić malowany kafelek utrzymany w identycznym stylu co te wypełniające odwiedzane pomieszczenie i tylko krów w witrynie się teraz nie zobaczy.

Dla mnie to miejsce było ogromnym zaskoczeniem. Raz, że faktycznie jest po prostu piękne, mimo tego, że nie jestem fanką takich zdobień. Dwa, że pokazuje jak wielką wagę przykładano do obsługi klienta i do samego procesu sprzedaży.

Z informacji ogólnych:

OTWARTE: pon–sob 10.00–18.00 , niedz i święta 10.00–15.00
ADRES: Bautzner Str. 79, 01099 Dresden, TELEFON: +49 (0)351 808080, GPS: 51.063804, 13.759854
WSTĘP: darmowy
INNE: W mleczarni obowiązuje zakaz robienia zdjęć i kręcenia filmów, choć oczywiście masa ludzi i tak ma to w nosie. Na pierwszym piętrze znajduje się kawiarnia.

TARASY BRUHLA I RAMA OBRAZU

Z mleczarni wolnym krokiem skierowaliśmy się w stronę starego miasta. Wzdłuż Łaby po obu jej brzeg jest przygotowana infrastruktura do tego aby sobie ją przyjemnie i bezproblemowo przejść. Od strony centrum jest to tzw. Balkony Europy, czyli Tarasy Bruhla. Niegdyś prywatne ogrody, w chwili obecnej ścieżka spacerowa udostępniona dla każdego. My je jednak tym razem trochę ominęliśmy, doszliśmy bowiem do wniosku, że będziemy szli dokładnie tym samym odcinkiem Łaby po drugiej stronie i nie ma co robić kółka w momencie ograniczonego czasu. Było ciepło i wiosennie, gdy tak sobie wędrowaliśmy w kierunku mostu Augusta i miejsca, gdzie Canaletto malował swą słynną panoramę miasta, a gdzie w dniu dzisiejszym stoi upamiętniająca to metalowa rama wraz z informacyjną tabliczką. Widok nie jest jednak tak samo spektakularny, obecnie przeważają w nim metalowe dźwigi. Za kilka lat będzie to pewnie wyglądało lepiej i robiło niesamowite wrażenie, zwłaszcza gdy zestawi się to z oryginałem w Galerii Starych Mistrzów.

ALSTADT – STARE MIASTO

Most Augusta jest jednym z wielu mostów łączących oba brzegi. Na ten jednak kładzie się szczególny nacisk w turystycznych przewodnikach bo jest po prostu najstarszy. Kiedyś drewniany, później przekształcony na konstrukcję z piaskowca, zburzony i odbudowany, jest w tym momencie, a jakżeby inaczej remontowany. Po trzech latach od rozpoczęcia prac udostępniono już jednak jedną jego stronę i można nim spokojnie pokonać rzekę lądując w tej barkowej części miasta. Tutaj niezależnie od tego w którą się pójdzie stronę dojdzie się do jakiegoś zabytku czy samego rynku.

Będąc już w temacie mostu. Drezno po raz kolejny w swej historii coś wielkiego zyskało, by w niedługim czasie później to stracić. UNESCO za te barkowe niesamowitości wpisało miasto na swoją listę w 2004 roku, po to aby już pięć lat później móc je z niej wykreślić. Decyzja opierała się na otwarciu nowoczesnego mostu, który zdaniem komisji zbyt mocno ingerował w krajobraz. Drezno straciło prestiż z tym związany, ale mieszkańcy podobno dalej są zadowoleni z decyzji, którą podjeli, a ja patrząc na sam most mam bardzo mieszane uczucia co do słuszności podjętej, przez światową organizację, decyzji.

KOŚCIÓŁ ŚWIĘTEGO KRZYŻA W DREŹNIE

Jego historia jest smutna jak historia całego miasta i prawdę mówiąc niczym szczególnym się od niej też nie różni. Bo świątynia wybudowana w XIII wieku jako bazylika pw. Św. Mikołaja jedyny szczęśliwy moment miała w pierwszych trzydziestu latach istnienia, kiedy pewien margrabia podarował jej fragment z krzyża Chrystusa, który wziął niewiadomo skąd. Tak czy siak była to szalenie cenna relikwia i po samej zmianie nazwy możemy wnioskować jak wielkie miała znaczenie dla tej budowli i odpowiedzialnej za nią społeczności. Później nastały lata przeplatane pożarami i odbudowami. Obecny stan wiele różni się od wersji pierwotnej. Po II Wojnie Światowej zabrakło pieniędzy na jego wykończenie, skupiono się więc na warstwie zewnętrznej. Z czasem stwierdzono, że ten surowy i prosty wystrój też ma swój charakter i tak to pozostało po dziś dzień.

OTWARTE: pn-pt 10.00-18.00 | sob 10.00-15.00 | niedz 10.00-18.00 | podczas prób chóru kościół zamknięty dla zwiedzających | aktualne godziny zwiedzania w gablotce przed kościołem | wejście na wieżę tylko pieszo | brak windy

ADRES: An der Kreuzkirche 6, 01067 Dresden | TELEFON: +49 (0) 351 43939 20

WSTĘP: wstęp na wieżę dorośli 4 €/ uczniowie i studenci 2,5 € | dzieci do 14 lat 1 € | bilet rodzinny z dziećmi do 14 lat 8 € | bilet grupowy przy conajmniej 10 osobach 3 € | ostatnie wejście na wieżę 30 minut przed zamknięciem kościoła

FÜRSTENZUG – ORSZAK KSIĄŻĘCY

To w wielkim skrócie przede wszystkim wielki rodzinny portret rodu Wettynów, który jako nieliczny obiekt w tym niemieckim mieście jest rzeczą w pełni oryginalną, nigdy nierekonstruowaną. Pomysł na niego pojawił się w 800-lecie panowania wspomnianego wcześniej rodu, a wykonał go Wilhelm Walther. Początkowo stworzył szkic na kartonie, który następnie przeniósł na ścianę za pomocą farb. Ze względu na rosnącą popularność dzieła wykonanego na ogólnodostępnej ścianie dziedzińca zdecydowano się na przeniesienie go na porcelanowe kafelki, o które przypomnijmy, ze względu na położenie nie było trudne. Te miały być odporniejsze na działanie warunków atmosferycznych i jak się okazało w 1945 roku również na efekty bombardowań. Mozaika składająca się z ponad 25 tysięcy elementów nie odniosła większych obrażeń, gdy wszystko inne wokół waliło się i paliło. Portret Wettynów niezłomnie wisiał na swoim miejscu. Do odnowienia trzeba było oddać około 200 kafelków, co wydaje się być liczbą śmiesznie małą.

Sam obraz ma ponad 10 metrów wysokości i ponad 101 metrów długości. Przedstawia 35 przedstawicieli rządzącej wówczas dynastii, a także 59 postaci z kręgu naukowców, artystów, rzemieśliników, żołnierzy, chłopów i dzieci. Znajdują się na nim również licznie konie, dwa charty oraz ponad 30 herbów, w tym ważny dla nas, Polaków. Ba! Wilhelm zadbał nawet o to, aby wypisane były daty panowania danych władców, a także o szczegóły dotyczące samego tła. Wsród wszystkich postaci jedyną kobiecą zajmuje mała dziewczynka na końcu pochodu, niedaleko niej autor też umieścił swoje oblicze. Ten porcelanowy, niezwykle wartościowy i pracochłonny zapis historii jest zarazem największym obrazem tego typu na świecie.

To druga porcelanowa forma zdobienia, która w Dreźnie zrobiła na mnie niemałe wrażenie.

FRAUENKIRCHE – KOŚCIÓŁ MARII PANNY

Budynek niezwykle symboliczny w drezdeńskiej zabudowie, a przy okazji jeden z dwóch największych obiektów na świecie, wzniesionych z piaskowca. W Dreźnie lubią ten materiał i ja ich całkowicie rozumiem. Niesamowity daje efekt. Wracając jednak do samego budynku sakralnego. Został wybudowany, doczekał się olbrzymiego uznania, a potem bombardowania w którym legł jak domek z kart. Ówczesny rząd stwierdził, że kościół nie będzie odbudowywany, gruzy miały zostać wykorzystane do wypełnienia chodników. Wtedy jednak zaprotestowali mieszkańcy, którzy oczekiwali odbudowy. NRD postanowiło więc nadać ruinie miano pomnika upamiętniającego okropieństwo wojny i nie robić nic. Pojawił się pierwszy symbolizm. Przez lata organizowane były tu różne uroczystości, mniej lub bardziej oficjalne spotkania. Po cichu podejmowano również pierwsze kroki, aby ten kościół odbudować. Wszelkie te działania jednak musiały wytrzymać długą próbę czasu. Ostateczna, oficjalna i wiążąca decyzja o rekonstrukcji zapadła dopiero w 1985r. Jakiekolwiek kroki podjęto zaś cztery lata później, gdy upadł Mur Berliński. Polityka państwa niezwykle mocno wpłynęła na historię tego obiektu. Nie da się jednak nie zauważyć niezłomności ludzi, którzy cierpliwie dążyli do jego odbudowy. Potrzeba było szalenie wiele pieniędzy na takie przedsięwzięcie. Je zapewnił Dresden Bank, różnego rodzaju towarzystwa, a także podobno indywidualne wpłaty od darczyńców z całego świata. Podczas prac użyto zarówno nowych materiałów, jak i niezniszczonych elementów, wygrzebanych z gruzów. Stąd też właśnie charakterystyczne ciemniejsze bloki na ścianach kościoła. W 2005r., po sześćdziesięciu latach, obiekt wzbudzający tyle emocji zostanie ponownie oddany do użytku, zyskując przy okazji miano symbolu pojednania.

Z zewnątrz jest rzeczywiście piękny i nic nie wskazuje na to jak długą drogę przeszedł aby w ogóle istnieć. Z wewnątrz nie mam niestety zielonego pojęcia, bo przyciąga tyle ludzi, że wejście do środka okazuje się jednak bardzo utrudnione. Oczywiście, gdybym się uparła to bym pewnie weszła, ale, tak jak w Zakopanym, wolałam zrezygnować. Może innym razem. O wiele przyjemniej niż w tłumie rozpychając się łokciami, było usiąść w kawiarnii przy kubku czegoś ciepłego i ze sobą po prostu porozmawiać.

Co ważne i w sumie też ciekawe to było jedyne miejsce w Dreźnie z którego zrezygnowaliśmy z powodu ilości ludzi. Tutaj lepiej być przygotowanym na to, że może być ich naprawdę wiele.

ZWINGER

Po obejściu starego miasta i wypiciu kubka czekolady skierowaliśmy się w stronę wizytówki Drezna. Miejsca, które powstało, bo August II Mocny chciał być zapobiegawczy i wybudować dla siebie pałac króla Niemiec zanim nim został. Kiedy się okazało, że jego plany w tym temacie spaliły na panewce stracił zainteresowanie całą budowlą i przerzucił się na inne mniej angażujące zabawki. Zwinger stał się miejscem do zapełnienia, idealną przestrzenią na muzea, które swoją drogą po dziś dzień wypełniają mury niezwykłej budowli. Sam Mocny bardzo szybko zgadza się na otwarcie w pałacu pierwszego muzeum poświęconego, jakżeby inaczej, porcelanie. Na przestrzeni lat trafiają tutaj kolejne zbiory, tym razem z nieco odmiennej tematyki zagadnień naukowych, malarskich czy zbrojeniowych. W międzyczasie oczywiście świetność i niezłomność miejsca zostają niemalże zrównane z ziemią w strasznych okolicznościach, po to by już niedługo podnieść się z tych kolan. W tym mieście nie mogłoby być inaczej. W dniu obecnym nadal możemy na placu całego kompleksu zobaczyć rusztowania i choć to nie jest dokładnie ten sam budynek, który powstał z rozkazu elektora to nie można mu odmówić odczuwanej tam atmosfery ani tego, że potrafi pobudzić wyobraźnię i zmusić człowieka do podróży w czasie. Spaceruje się tymi zdobionymi balkonami, wspina się po szerokich schodach, przechodzi dobrze utrzymany dziedziniec i zastanawia jakby to było, gdyby się wtedy żyło.

Na sam Zwinger przeznaczyliśmy blisko trzy godziny, obeszliśmy, dość niespiesznie, to co było do obejścia z zewnątrz, a potem zakupiliśmy bilet i udaliśmy się do muzeum, które szczerze mówiąc mnie najbardziej interesowało ze wszystkich proponowanych przez stolicę Saksonii.

GALERIA STARYCH MISTRZÓW

Miejsce, które uchodzi za jedno z największych zbiorów europejskiego malarstwa. O niesamowicie długiej historii, podczas której dało o sobie znać zamiłowanie do sztuki najwyższych osób w kraju. Zaczęło się od skarbca, poprzez pasję jednego z panujących Wettynów do kolekcjonowania broni dotrwano do czasów Augusta II, który i w temacie tego muzeum zrobił ogrom. Wraz ze swym zastępcą są oni w pełni odpowiedzialni za rozmach i prestiż tego miejsca.

Nasza wizyta w Dreźnie zbiegła się niestety z czasem, gdy muzeum oferowało ograniczoną wystawę, ze względu na renowację większości dzieł. Z całego zbioru zobaczyliśmy jedynie 51 obrazów. Nie powiem jednak, żebym była zawiedziona. Nawet to ograniczone przedstawienie było niezwykłe. W Galerii Starych Mistrzów znajdziecie mnóstwo obrazów, które kojarzy się ze zdjęć ze szkolnych podręczników. Najważniejszym obiektem jest oczywiście ” Madonna Sykstyńska” pędzla Rafaela, która w tych zbiorach nieprzerwanie jest już od ponad 250 lat. To tutaj przyjrzeć z bliska można się też “Śpiącej Wenus“, ” Porwaniu Ganimedesa”, “Dziewczynie czytającej list” czy obrazom Canaletta na podstawie, których zostało odbudowane całe miasto.

Wchodziłam tam z wielkimi oczekiwaniami względem Madonny, wyszłam ze zdecydowanie większym podziwem nad niemalże całością, a pragnę dalej zauważyć, że po prawdzie całości to nie widziałam, jedynie jej niewielki wycinek. Fantastycznie było stanąć oko w oko z czymś co powstawało te kilka wieków temu i co w czasach obecnych potrafi wywołać niemałe wrażenie. Odnalazłam obrazy wpasowujące się idealnie w moje poczucie estetyki i takie, które nawet blisko niej nie są. Zachwycałam się szczegółami jakie na swych obrazach przedstawił Benelotto i starałam się zrozumieć jak Lucas Cranach Starszy wygiął nogę tej biednej Ewie na swym obrazie. Kilka minut zajęła mi walka z tym, by się ostatecznie poddać.

Jeżeli miałabym wskazać powód dla którego ja sama miałabym wrócić do Drezna to jest to pełna wystawa w Galerii Starych Mistrzów.

SALON MATEMATYCZNO – FIZYCZNY

Drugie muzeum w na terenie pałacowego kompleksu, które skrywa prawdziwe historyczne skarby. Przekraczając jego drzwi otwieramy sobie możliwość obejrzenia wszelkich instrumentów matematycznych pochodzących zarówno z różnych stron świata jak i z różnych okresów. W tych górnolotnie brzmiących “instrumentach matematycznych” zawiera się wszystko co się zawierać może, począwszy od zegarów, przez przyrządy mierzące odległości te krótkie i te pozaziemskie, globusy skali ogromnej prezentujące różne ujęcie tematu Ziemia na przestrzeni dziejów, aż do narzędzi medycznych czy wykorzystywanych przeciwko wrogom. Rozpiętość zagadnienia jest przeogromna, co jednak warte zaznaczenia ktoś miał naprawdę dobre podejście i pobyt tam nie ogranicza się do przejścia wzdłuż kilku ścian, na których bez ładu i składu coś zostało poustawiane. Tam czegoś można dotknąć, na kolejnej wystawie sprawdzić na własnej skórze jak coś działa. Są rzeczy, które trzeba zrobić manualnie i rzeczy, które można obejrzeć na wyświetlanych, krótkich prezentacjach. Zagwarantowali nie tylko aspekt poznawczy, edukacyjny, ale i rozrywkowy. Człowiek wychodzi stamtąd i z przekonaniem stwierdza, że faktycznie dobrze się bawił.

MUZEUM PORCELANY

Porcelana jak już pewnie zdążyliście się zorientować jest nieodłącznym elementem Drezna, nic więc dziwnego, że jest i na jego terenie obiekt jej specjalnie poświęcony. Trzeba głośno powiedzieć jedno, to tam zrozumiałam i prawdę mówiąc nieco się też zaskoczyłam, czym porcelana może być i co z niej można wykonać. Okazało się, że to odrębny kierunek sztuki, który jest tak rozbudowany, że to szczena opada. Samo muzeum jest naprawdę duże i jak w przewodnikach różnej maści twierdzą, że jest jednym z największych na świecie to po przejściu wszystkich wystaw nie ma się co do tego żadnych wątpliwości. Mają tego całą masę. Nie mamy tutaj jednak żadnych aspektów rozrywkowych, to taki najbardziej typowy z typowych obiektów, tego typu, gdzie przy przejściach stoją panie w średnim wieku. Panie gotowe zareagować na każdy sygnał przecinający powietrze, po dotknięciu przez któregoś z turystów tego czego dotknąć nie powinien. Są rzeczy za gablotkami, są wolnostojące i całkowicie się nie dziwię, że ten sygnał dość często się pojawia. Zaznaczyłam już wcześniej, że to nie jest mój ulubiony format ozdabiania przestrzeni i choć z tego typu rzeczy przygarnęłabym jedynie zestaw do parzenia herbatki, to muszę przyznać, że same w sobie wywołują podziw. Warto było to muzeum odwiedzić, choć szczerze przyznam, że nie widzę powodu by tam ponownie wrócić.

Dzień drugi zakończyliśmy najbardziej niemieckim fast foodem i choć Drezno było moim trzecim kierunkiem za zachodnią granicą to wursta próbowałam po raz pierwszy.

DZIEŃ TRZECI | PONIEDZIAŁEK

Dzień ostatni, dzień kompletnie niespieszny. Nie mieliśmy tutaj szalonych planów jeżeli chodzi o zwiedzanie. Naszym głównym punktem był Pasaż Sztuki/ Pasaż Artystycznych Dziedzińców – Kunsthofpassage, który dnia poprzedniego był po prostu zamknięty, a który wracając do Polski mieliśmy w sumie po drodze.

KUNSTHOFPASSAGE

Znany przede wszystkim z grającej kamienicy, gdzie system rynien jest tak zaprojektowany aby podczas deszczu powstawała muzyka. Cały pasaż składa się z pięciu sąsiadujących ze sobą podwórzy, gdzie ściany historycznych kamienic zostały płótnem dla różnorodnych artystów. Wszystko się ze sobą płynnie łączy, a przestrzeń prócz mieszkań zajmują artystyczne sklepiki, galerie sztuki, czy niezwykle klimatyczne kawiarnie. W jednej z nich, bardzo niepozornej i równie przyjemnej zachwyciłam się smakiem kawy po turecku. Miejsce faktycznie warte w Dreźnie do zobaczenia, choć jako mieszkanka Wrocławia muszę zaznaczyć, że nijak się ten pasaż ma do wrocławskiego podwórka, stworzonego na tej samej zasadzie. To ten polski “pasaż” będę polecać w pierwszej kolejności.

Drezno na koniec roku jest miastem niezwykle spokojnym i choć ominęliśmy ten słynny bożonarodzeniowy jarmark, terminem swojego wyjazdu, to udało się nam jeszcze trochę tej świątecznej atmosfery miasta zaznać. W centrum nie brak klimatycznych kawiarenek, nieco gorzej jest już z restauracjami. Tych trzeba szukać przede wszystkim w tej nowszej części, tam również królują dyskoteki i imprezowe życie, choć może niekoniecznie o tej porze roku. Pogoda, podobna do tej dobrze nam znanej, chyba jednak temu nie sprzyja.

Mogę Wam opowiedzieć o samym mieście bardzo wiele, o rzeczach które zobaczyłam piszę wyżej, o rzeczach dla których zabrakło czasu wspomnę niżej. Chcę jednak zaznaczyć jeszcze jeden fakt, a mianowicie, że zaniedbałam podczas tej podróży aspekt kulinarny i nie zrobiłam w nim żadnego rozeznania. To był błąd, bo już po czasie znalazłam wiele perełek, które można było odwiedzić, a których teraz żałuję. Blogów podróżniczych czy już faktycznie kulinarnych jest ogrom, dlatego warto zajrzeć na kilka z nich przed wyjazdem, chociażby tutaj. Nie popełniajcie mojego błędu. Nauczona podróżą do Włoch wiem, że jedzenie potrafi zawładnąć wspomnieniem i wpłynąć znacząco na ocenę danego miejsca.

Co do tej ostatniej muszę szczerze przyznać, że dla mnie osobiście stolica Saksonii nie jest żadnym większym fenomenem i nie podzielam opinii jakoby miałoby tam być cudownie i fantastycznie na każdym kroku. Dla mnie to miasto jak miasto. Jedno z wielu, które mimo swojej bogatej i trudnej historii nie wzbudziło we mnie pragnienia aby tam wrócić. Cieszę się przeogromnie, że koniec 2019r. spędziłam na podróży, że ta podróż była właśnie tam, że mogłam zobaczyć to wszystko o czym wcześniej czytałam i zweryfikować przekazywane mi opinie. Postawić to wszystko na wadze z moją perspektywą. Nie zachwyciłam się, nie oczarowałam całokształtem, ale do odwiedzenia Drezna i tak będę gorąco zachęcać. Bo to miasto ma potencjał, bo to miasto ma co pokazywać i tylko nad atmosferą musi trochę popracować.

Na sam koniec zaś zrobiłam Wam krótki spis stron, które naprawdę ułatwiają życie w momencie planowania wizyty w stolicy Saksonii. Mam nadzieję, że coś się przyda, że co zainspiruje, a jeżeli będą jakiekolwiek pytania, to śmiało, służę pomocą.

STRONY KTÓRE WARTO ZNAĆ:

  • Państwowe Zbiory Sztuki – to tzw SKD, zrzeszają one 14 muzeów w interesującym nas Dreźnie, a także w Lipsku i Herrnhut. To tutaj znajdziecie aktualizowane na bieżąco informacje na temat wejść do najbardziej rozpoznawalnych obiektów miasta. Zwinger, Zamek Rezydencyjny, Pałac Japoński czy Albertinum z wystawą Obrazów Nowych Mistrzów.


  • Drezno.info – pięknie przedstawia najważniejsze informacje na temat danych obiektów w mieście czy wydarzeń. To stąd można się dowiedzieć w jakich godzinach jest coś otwarte, ile kosztuje wstęp czy wystawa jest już dostępna czy może jest coś jeszcze w remoncie. Szalenie przydatna strona.


  • Wikipodróże – odnalazłam tę stronę już podczas tworzenia tego wpisu, a więc szmat czasu po całej mojej podróży. Nie wiedziałam, że wikipedia, stworzyła dział poświecony tylko wyprawą. Muszę jednak przyznać, że zrobili to naprawdę konkretnie i zawarli w tym wpisie masę, ale to naprawdę masę informacji. Osobiście podchodzę różnie do artykułów pochodzących z tej internetowej, tworzonej przez każdego encyklopedii, dlatego poczytałam co też się w tym konkretnym artykule znajduje i choć nie mogę zweryfikować wszystkiego, ani nie wiem jak to wygląda z aktualizacją to rzeczy, które ja poznałam, zwiedzałam itd się zgadzają. Zostawiam więc ten link jako świetny punkt wyjściowy do organizacji podróży.


  • Kołem się toczy – Karol Werner to postać dość rozpoznawalna w świecie podróżniczych blogów. Facet, który na rowerze pokonał tysiące kilometrów dotarł też do leżącego blisko polskiej granicy Drezna. Zresztą nie on jedyny i nie on jedyny o tym pisał. Ja zawsze wybierając się w jakiekolwiek miejsce zaczynam rozpoznanie terenu od poczytania informacji zawartych na blogach różnych osób. Warte polecenia są na pewno wpisy wędrownych motyli czy sekulady, tyle rzetelnych, sprawdzonych, konkretnych i podanych bardzo często z humorem informacji na temat przede wszystkim historii i architektury to ja na żadnym innym blogu nie znalazłam. Facet sprawia, że to faktycznie staje się interesujące.

    Blogów podróżniczych jest szalenie wiele i przeważająca część z nich będzie miała chociaż jeden wpis na temat interesującego nas miasta. Warto sobie czytać te artykuły, bo tam najczęściej odnajduje się jakieś drobne ciekawostki, porady czy ułatwienia, których nie trzeba na miejscu już odkrywać.


Ciekawa też jestem jak to jest z tym Dreznem Twoim zdaniem, prawdziwy podróżniczy hit czy jednak przereklamowany kierunek? Daj znać.

3
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
sekulada.com Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Odkryłam piękno Drezna – to była ostatnia podróż tamtego roku. Spontaniczna, samochodowa, na weekend. Wystarczająca by wyrobić sobie zdanie na temat tego miasta. […]

trackback

[…] Drezno, miasto hit czy kit? – pierwszy i zapewne jedyny wpis takiego rodzaju na moim blogu. Dlatego taki wyjątkowy. […]

sekulada.com
Gość

Bardzo fajny wpis! 🙂 Cieszę się, że mój blog Ci się spodobał, czuję się zaszczycony! A tak przy okazji to wygrzebałaś całkowicie antyczny wpis o którym zupełnie zapomniałem. W Dreźnie też nie byłem już od dawna, ale widzę że czas na powrót. Zwłaszcza, że to tak blisko Wrocławia. 🙂 Wybiorę się tam w któryś weekend, bo przynajmniej według mnie miasto jest całkiem fajne na jednodniówkę za granicą. Może hit to za wiele, ale zawsze warto tam zajrzeć. Pozdrawiam, Darek