Czy “Potęga podświadomości” jest warta przeczytania?

Są takie książki do których podchodzi się więcej niż raz. Zdobywamy daną pozycję, zaczynamy ją czytać i niby nam się podoba, niby nas nudzi, niby chcemy ją odłożyć, ale wiemy, że tego całkowicie nie zrobimy i wrócimy do niej prędzej czy później. Przekonać się czy może się jednak coś zmieniło. A nuż, tym razem spotkamy się przy herbacie i opowiemy sobie wszystko od początku do końca?

W moim przypadku jest tak z osławioną rosyjską powieścią “Mistrz i Małgorzata” i jakżeby inaczej z tematem dzisiejszego wpisu. Z tym, że Bułhakow nadal czeka na swój czas.

Swoją pierwszą wersję “Potęgi podświadomości” kupiłam na pchlim targu, wygrzebałam ją gdzieś z wiklinowej skrzyni.

Moje zainteresowanie taką tematyką wówczas zaczynało dopiero kiełkować i raczej nie spodziewałam się wtedy natrafić na wyprzedaży staroci na coś, co kilka lat później zaczęło przeżywać, trwający do dzisiaj szał odrodzenia. Książka była jak nowa, coś podpowiadało żeby ją wziąć, a samozwańczy sprzedawca zażądał za nią pięć złotych. Kupiłam.

Jeżeli jednak komukolwiek wydaje się, że usiadłam i przeczytałam ją w jednej dzień, bo tak dobra jest i tak potrafi człowieka pochłonąć, to niestety nic bardziej mylnego. Książka przeszła test pierwszego zdania, ale bardzo szybko zaczynałam odpływać podczas jej czytania. Myśli krążyły mi wszędzie i z całą pewnością nie stały w uporządkowanym szyku pełnej koncentracji. Odłożyłam ją. Kilka razy chciałyśmy się spotkać, ale ciągle coś było nie tak. Stale przychodził ten moment, kiedy wolałam przestać czytać niż ciągnąć to dalej.

W międzyczasie przeprowadziłam się do Łodzi, książka przeniosła się razem ze mną, a w społeczeństwie zapanował szał samodoskonalenia i samorozwoju. Pozycja reklamowana wszędzie jako “jeden z najlepszych i najskuteczniejszych poradników, jakie kiedykolwiek napisano” powróciła do łask. Kupienie jej za pięć złotych przestało być możliwe, a internetowe opinie prześcigały się w chwalebnych komentarzach na jej temat. Ja dalej jednak, mimo prób, nie mogłam się zebrać do jej przeczytania.

A potem zamieszkałam we Wrocławiu, koło mojej pracy był empik, a w nim wystawka, na której postawiono kolejne nowe, odświeżone i zaktualizowane wydanie. Weszłam, obejrzałam, zaczęłam czytać i stwierdziłam, że może tym razem.

Potrzebowałam dziesięciu lat.

Jest taka piękna teoria, że czasami konkretne książki nie są dla nas na pewnych etapach życia, z powodu chociażby spojrzenia na świat, naszej dojrzałości, poziomu emocjalności. Trzeba poczekać, dorosnąć do nich. To piękna teza i ja bardzo ją lubię. W końcu książki mają dla mnie szczególnie duże znaczenie, a dodanie im takiej mniej lub bardziej wiarygodniej historii sprawia, że są jeszcze bardziej magiczne. Przez długi czas sądziłam, że moje niepowodzenia z literaturą Murphy’ego właśnie z tego wynikają, ale nie mogę się łudzić. Tu chodziło tylko i wyłącznie o wydanie, które w końcu ktoś porządni zrobił. Wiersze mają normalne odległości, akapity są sensownie podzielone, a tekst jest przejrzysty i choć format tego najnowszego wydania jest zdecydowanie większy niż poprzednicy, to w moim odczuciu jest najlepszy do czytania z mi znanych i ogólnie dostępnych.

Jak jednak z samym fenomenem tej książki? Jest czy go nie ma?

Na pewno na samą książkę trzeba wziąć niezłą poprawkę. Czytanie jej dosłownie jest całkowicie bezsensowne, bo jakby nie patrzeć, pierwsze jej wydanie pojawiło się w latach 60 ubiegłego wieku i wyszło spod pióra człowieka na którego istotny wpływ miała religia. Obecnie realia chociażby samej wiary w społeczeństwie wyglądają nieco inaczej. Niedowierzanie względem instytucji kościoła siłą rzeczy przekładać się będzie na książkę, w której możemy dość często odnieść wrażenie, że odprawiane jest kazanie. Zwłaszcza, że równie często odsyłani jesteśmy do biblii. Tu siłą rzeczy trzeba nałożyć sobie odpowiedni filtr, w innym przypadku staniemy się tym typem czytelnika, który z tej książki wynosi tyle, że za dużo tam kościoła i naiwnej wiary, a przecież nie o to tu chodzi. Ta jest jedynie sposobem przekazu. Swoją drogą kościół też tego przekazu obecnie nie rozumie i powstało mnóstwo artykułów, które negują całą książkę za to, że zbyt nisko stawia elementy wiary. Ot, taki chichot losu.

To jednak na naszej świadomości i podświadomości mamy się skupić.

Na tym, że myślami wpływamy na swoje życie i to my jesteśmy odpowiedzialni za to co nam się przydarza. Podczas całej lektury nakłaniani jesteśmy do tego, żeby na świat, siebie i innych ludzi patrzeć od tej dobrej strony. Mamy skoncentrować się na tym co dobre, bezgranicznie wierzyć, że wszystko jest po coś, a nasze plany i cele mają realną szansę zaistnieć. Jednocześnie nie możemy być nadto do tego wszystkiego przywiązani i nie powinniśmy zbyt mocno fiksować się na danym punkcie, bo nic z tego nie będzie. Tak jak zawsze gdy człowiek chce za bardzo i mimo największych starań nie wychodzi. Trzeba umieć żyć bez narzuconej sobie presji. Prawdziwie mocno wierzyć w to co chcemy osiągnąć. Szczerze nad tym pracować i sukces gwarantowany.

Dokładnie o tym jest te kilkaset stron książki podzielonej tematycznie na działy. Najpierw zapoznajemy się z tym jak działa sama podświadomość i jak jest ściśle powiązana ze świadomością, później czytamy o tym jak to wpływa na nasz stan zdrowia, wielkość i grubość portfela, życiowe szczęście, relacje międzyludzkie, związki i ogólne podejście do życia. Pojawiają się tam elementy mówiące o tym, że potęga podświadomości potrafi zdziałać cuda w przypadku ciężko chorych i kilka innych zagadnień, które podane są w taki sposób, że całkowicie rozumiem, czemu tak dużo ludzi odnosi się do tej pozycji krytycznie.

W tej książce jest masa, ale to naprawdę masa wiedzy.

Tylko chyba jednak podanej w mało przystępny sposób i jeżeli mam być całkowicie szczera, to moim zdaniem wcale nie jest to “jeden z najlepszych i najskuteczniejszych poradników, jakie kiedykolwiek napisano”. Tu forma często góruje nad przekazem, naturalnie wywołując u ludzi sprzeciw i jeżeli jest to kogokolwiek pierwsze spotkanie z takimi tematami i tą książką chce wejść w ten świat, to będzie mu trudno. To jest pozycja, którą powinno się moim zdaniem czytać już wtedy gdy coś wiemy, gdy mamy mniej więcej wyrobione zdanie i potrafimy przez to doszukać się tego, co powinno być na wierzchu tej książki. Choć oczywiście, jeżeli ktoś jest całkowicie otwarty i potrafi czytać coś całkowicie bezkrytycznie, wyciągając wnioski dopiero na sam koniec, to też ma to szansę powodzenia. W innym przypadku będzie to paplanie nawiedzonego kaznodziei, które tak wielu recenzentów przytacza.

Dla mnie osobiście ta książka była przypomnieniem tego co już wiem. Nie otworzyła przede mną żadnych nowych drzwi, a raczej podsumowała i raz jeszcze, mniej lub bardziej dokładnie, potwierdziła posiadaną wiedzę. Czytało się szybko. Dużo rzeczy sobie pozakreślałam. Dużo rzeczy na nowo poddałam przemyśleniom. Upewniłam się, że pogląd mówiący o tym, że świat nam sprzyja i jest piękny, a my jesteśmy na nim po to, aby być szczęśliwymi ludkami, jak najbardziej mi odpowiada. W pewnym sensie lektura tej pozycji zmusiła mnie do powrócenia do takich tematów. Zresztą początek tego roku to same powroty do zagadnień rozwojowych i doskonalących się. Doszłam do wniosku, że czas raz jeszcze zapoznać się z tym, co kiedyś pochłaniałam tonami i w co rzucałam się na łeb, na szyję. Chyba przyszła ta odrobina spokoju i zdystansowania, która jest jakby nie patrzeć potrzebna w takich obszarach działania.

Jeżeli ktokolwiek zapyta mnie czy polecam przeczytanie “Potęgi podświadomości” to powiem, że pewnie.

To książka, jest pozycją legendarną i flagową w kręgu literatury rozwoju duchowego. Jeżeli się czymś takim interesujesz to po prostu powinieneś ją znać i mieć wyrobione własne zdanie na jej temat. Oprócz tego jak wcześniej wspomniałam to naprawdę masa wiedzy, którą nic tylko brać i wykorzystywać. Jeżeli jednak ktokolwiek zapyta mnie czy zaczynać swoją przygodę z takimi zagadnieniami właśnie od książki Murphy’ego, to odpowiem, że nie. Jest obecnie tyle książek, filmów, artykułów, filmików na youtubie poruszających ten temat, że zdecydowanie lepiej zacząć od czegoś lżejszego i przyjemniejszego. To, że warto ją zacząć jest oczywiste. Praca z podświadomością to niezwykle fascynująca sprawa, którą zawsze polecam i polecać będę.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Czy “Potęga Podświadomości” jest warta przeczytania? – subiektywnie o książce, która podaje się za ” jeden z najlepszych i najskuteczniejszych poradników, jaki kiedykolwiek napisano” […]