Bo miłość to codzienność.

Jest godzina siódma pięćdziesiąt pięć w sobotę kiedy z równie głębokiego jak przyjemnego snu budzi ją wiecznie czuwająca podświadomość. Zrywa się, bo zostalo niewiele czasu do odjazdu pociągu i przerażająco wiele do zrobienia. Łapie ją lekka panika, że może jednak nie zdąży. W tym momencie budzi się jednak on, całkowicie trzeźwo ocenia sytuację i wprowadza spokój, którego zaczynało jej brakować. Jest ósma piętnaście kiedy wychodzą z mieszkania. Ósma dwadzieścia pięć gdy on walczący z sennością sprawnie manewruje między samochodami jeżdżącymi zbyt zachowawczo i niezdecydowanie jak na miejskie warunki. O ósmej czterdzieści z ciepłym śniadaniem z dworcowej kawiarni żegnają się przed pociągiem. Ona nie powie tego głośno, ale wie, że mimo zaledwie dwóch osobnych nocy będzie jej brakować zasypiania w jego ramionach.

Tak się złożyło, że ze sobą pracują. Wymagany strój, w określonym kolorze, zazwyczaj w krótkim formacie rękawa dzisiaj okazał się dla niej niewystarczający. Zimno jej, zaczynają się pojawiać dreszcze i wie, że jeżeli szybko nie zareaguje to następny dzień przywita z gorączką i samopoczuciem nie nadającym się do czegokolwiek. Zaczyna pić ciepłe napoje, robić napary i przyjmuje sweter od pracującej z nią dziewczyną. Boi się, że przy zakresie jej obowiązków może go pobrudzić, podrzeć, niechcący uszkodzić. Martwi się tym co nie trzeba, jednocześnie czeka aż on zacznie swoją dzisiejszą zmianę i będzie mogła założyć jego bluzę. Ta jednak okazuje sie za jasna jak na mundurkowe wymagania. On tylko na nią patrzy, mówi “rozumiem” i swoje piętnaście minut wolnego czasu wykorzystuje na to aby przejść się po pobliskich sklepach. Wraca z czarnym swetrem. Grubym, przyjemnym w dotyku, a do tego idealnie do niej pasującym. Nie pozwoli jej marznąć.

Siedzi za kierownicą samochodu. Kto by pomyślał, że te kilkanaście lat temu wcale nie chciała iść na prawo jazdy, choć to były zupełnie inne czasy, inne podejście i inne realia. Trochę się bała, trochę była niepewna, ale wtedy on ją namówił, nakład do głowy, że więcej z tego korzyści niż strat i że za kilka lat będzie żałować, że tego nie zrobiła, a potem z nią jeździł, uczył, pomagał, wspierał. Teraz ona może jechać odebrać ich wracającą córkę.

Nie cierpi rodzynek, no po prostu nie znosi tego smaku, tej faktury i nie może zrozumieć czemu ludzie się nimi potrafią zajadać. Ona je uwielbia, jada kilogramami, chwali smak. Są jednak te momenty gdy robi coś dla nich: ciasto, owsiane ciasteczka z dodatkami, sałatkę wtedy mimo swojego pozytywnego nastawienia do tych suszków zawsze je pomija. Nie prosił jej o to, nawet nie sugerował, to ona stwierdziła, że tak będzie to dla niego smaczniejsze i że sprawi mu to przyjemność. Prawda, sprawia, za każdym razem tak samo. Nie chodzi jednak wcale o smak.

Kiedy jest zła na cały świat, na tą cholerną babę na poczcie co to przelew wysyłała trzy godziny, na koleżankę z pracy, z którą łączy ją jedynie sposób zarabiania pieniędzy, a dzieli wszystko co najważniejsze, na kierowcę samochodu, który akurat dzisiaj swoją szybkością musiał zostawić na jej jasnej kurtce całą zawartość ulicznej kałuży. Gdy ma zły humor, bo zbliża jej się okres, albo jest tuż po. Gdy nic jej nie idzie zgodnie z planem i gdy jest jej smutno bo obejrzała zbyt melancholijny dla niej film lub wysłuchała piosenki, która trafiła zbyt mocno w zbyt kruche struny serduszka. Wtedy on po prostu jest, słucha, przytakuje gdy trzeba, daje jej się wygadać, wyżalić i dojść do wniosku, że czasem po prostu przesadza, a czasem wręcz na odwrót pokazać jej, że wcale nie. Przytula, staje na rzęsach, żeby poprawić jej humor, choć wcale nie musi tego robić. Robi z sieba głupka, żeby na jej twarzy zagościł uśmiech. Zna ją na tyle, że wie kiedy trzeba zachować się jak wariat, a kiedy po prostu z nią posiedzieć. Przekonał się już nie raz, że i ona zdążyła poznać go w tym temacie wystarczająco dobrze. Gdy wraca do domu może się wygadać na to co mu się nie podobało w mijającym dniu i pochwalić tym, co udało mu się zrobić, podzielić swoimi radościami i złościami. Ona wie kiedy trzeba go przytulić, a kiedy po prostu pozwolić by temat przerobił sobie sam. Nie ma presji, nie ma niezadowolenia i wątpliwości czy coś się zrobiło źle. Jest zaś pewność, że chce się dbać o drugiego człowieka i poczucie pełnej odpowiedzialności za siebie samego, coby nie uszkodzić drugiego.

Jest środek lata, a my gubimy się w ciszy i spokoju mazurskich klimatów. Pięknych i prawdziwie urokliwych. Jesteśmy w odrestaurowanym dworku, który jeszcze kilka lat temu był zaledwie wspomnieniem świetności tych wszelkich budynków. Teraz mamy miejsce do którego można przyjechać z każdego powodu, jak na przykład ta para nowożeńców, co to ich mijamy co chwila, cały dzień.

Ubrani, uszykowani pozują już kolejną godzinę na tle szlacheckiego dworku, starej biblioteki, ceglanej kapliczki w której nie zmieściliby się zapewne nawet w połowie ich goście. Już dawno jest po całej ceremonii, teraz realizują ślubny plener. Taki dobrze przygotowany, zaplanowany z wieloma rekwizytami. Stoję niedaleko fontanny przed którą oni przyjmują różne pozy i bez większego zastanowienia mówię do swojego towarzysza coś o tym, że takie plenery to nie moja historia, że o wiele bardziej wolałabym być przyłapana na spojrzeniu pełnym miłości w odcieniach szarości zwykłego dnia niż wystylizowanej sytuacji, że to moim zdaniem nie do końca jest dobra pamiątka, a zdjęcia ślubne tym bardziej nie powinny być z przypadku, a raczej mają być zobrazowaniem łączącego dwójkę ludzi uczucia i wypowiadam zdanie, które od tego sierpniowego wyjazdu zostało ze mną jak mantra, a które powstało bez większego zastanowienia.

“Bo miłość to codzienność”

Te chwile poniedzialkowego marudzenia i wtorkowej radości, znudzenia i małych smutków. Momenty, kiedy przykrywa się ciepłym kocem partnera, który zasnął na kanapie i gdy robi się mu herbatę wieczorem do wypicia. Sekundy rozczulonego wzroku gdy patrzysz jak on walczy ze sobą aby w końcu wstać i ona płacze ze śmiechu bo rozśmieszyło ją słowo, które wcale nie jest takie zabawne. To przypadki, gdy pochłania go praca, która jest w pierwszej kolejności pasją, a później sposobem na życie i gdy zamiast złości za czas wolny temu poświęcony cieszysz się, że może robić to co daje mu frajdę, rozwija i rodzi powody do satysfakcji. To momenty dobre i złe. Ekscytujące i nudne. Radosne i smutne. To wszystkie chwilę, które się razem przeżywa i ani te dobre ani te zła nie są wcale ważniejsze.

To jest to wszystko pomiędzy i to co dla tego wszystkiego tworzy granicę. To każdy spędzony wspólnie ułamek sekundy, każde wymienione spojrzenie, śmiech nie do powstrzymania i niewypowiedziana na głos wdzięczność za obecność.

Miłość to codzienność. Ta szara, bura, ponura i ta pełna nadziei, radości i szczęścia. To swoboda bycia sobą przy kimś przed kim powinniśmy starać się robić najlepsze wrażenie.

Miłość to cholernie piękna sprawa. To dzień zwyczajny.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Bo miłość to codzienność – o moim podejściu do związku i celebrowaniu małych chwil. […]